Pamiętniki te dostałem od pana Zygmunta Drewnika,

są to publikacje umieszczone w Biuletynach TRH sprzed kilkudziesięciu lat

zachęcam do lektury - Michał Miścior


 

Konstanty M.M. Stecki

P A M I Ę T N I K I

 

Część I.

 

Hrubieszów w latach 1892 - 1900.

 

            Przeżyłem długi okres przeszło osiemdziesięciu lat  i żyłem w czasach bardzo interesujących,  na przełomie wieku pary i elektryczności, czasów radia, telewizji,  lotnictwa, ciał promienniotwórczych i energii atomowej. /.../

            Spisalem pamiętnik dlatego, że uważam, /.../ że potrafię w obiektywny sposób przedstawić te wszystkie losy i perypetie ludzkie, których byłem świadkiem. Nie zamierzam jednak zajmować uwagi czytelnika historią lat ubiegłych, polityką i opisem wypadków dziejowych, decydujących o losach narodów. Jak najbardziej bowiem, starałem się zawsze być z dala od wszelkiej polityki i jej poczynań. Chcę poświęcić swoje wspomnienia, ludziom z którymi się spotkałem, z którymi żyłem, przedstawić codzienny sposób z życia owych czasó, szare, zwykłe wypadki dnia codziennego, zwyczajne troski i kłopoty i skreślić sulwetki tych którzy przebiegiem swego życia zainteresowali mnie i zwrócili na siebie moją uwagę. To też będę się   starał pisać ściśle kronikarskim sposobem to, co istotnie działo się w kręgu mych doznań i pozostało trwale w mej pamięci. A opis wypadków historycznych, wstrząsów politycznych, społecznych i wojennych w których zresztą tylko jako bierny świadek brałem udział, pozostawiam tym, którzy grali w nich czynną rolę, lub którzy, jako hitlerowcy i społecznicy specjalnie zajmują się tym tematem.

            Urodziłem się 29 lipca 1885 r. w Hrubieszowie. Tam spędziłem swoje dziecinne lata. Hrubieszów! Ileż wspomnień nazwa ta wywołuje! Ileż przeżyć, wzruseń i radosnych dziecinnych dni przypomina! Jakże pięknymi pozostały w mej pamięci obrazy jego ogrodu, kościołów, Huczwy, oceniane zapewwne jeszcze i teraz przez pryzmat dziecięcych zachwytów życiem.

            Jeden z moich wybitnych uczniów, Stefan Jaroc, spotkawszy kiedyś w Ameryce osiadłego tam Polaka, usłyszał od niego opinię, że najpiękniejszym widzianym w świecie przez niego miastem, a zwiedził wszystkie njwiększe miasta Ameryki i większość stolic Europy, są Pabianice, gdie się urodził i spędził lata dzieciństwa. Zapewne i mój zachwyt Hrubieszowem polega w znaczym stopniu na ocennie z analogicznej perspektywy. Niemniej jednak Hrubieszów posiada zawsze w moich oczach wyjątkowy urok i bardzo wysoko oceniam piękno niektórych jego fragmentów i krajobrazów jego okolicy. A może istotnie jest to jedno z najbardziej malowniczo położonych miasteczek naszej prowincji.

            Hrubieszów rozłożył się na wzgórzu lessowym opadającym ku północy stromymi ścianami urwisk, ku szerokiej dolinie Huczwy, która od zachodu, od wzgórz sławęcinskich, podchodzi pod miasto i tutaj rozdziela się na dwa ramiona. Jedno głębsze i szersze, otacza miasto od północy i poniżej mostu chełmskiego oddziela boczną odnogę, twoeząc płaską kilkumetrową kępę, używaną  jako pastwisko dla koni, krów i gęsi. Drugie, południowe ramię Huczwy, ograniczało miasto od nisko położonych łąk i oddzielało dzielnię szpitalną z kilkoma ulicami oraz przedmieścia Poberżany i Pogórze. Na wschodzie miasta łączyły się oba ramiona Huczwy. I w ten sposób Hrubieszów otoczony był dookoła rzeką i położony jakgdyby na wyspie.

            Za moich czasów, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku, Huczwa toczyła sporo wody, koryto rzeki było zawse jej pełne, w wielu miejscach głównej odnogi rzeka była głęboka i mało gdzie, tylko w suche lata,  dawała się przejść wbród.

            Odnoga południowa, nieco węższa i bardziej zarastająca roślinnością wodną, również w wielu miejscach miała głębokość ponad wzrost ludzki. Niektóre miejsca Huczwy odznaczały się  znaczną głębokością, jak np. tuż powyżej rozdzielenia się obu ramion przy drodze na Sławęcin. Dragoni 20-go Olwiopolskiego pułku, stacjonującego w 90-tych latach w Hrubieszowie budowali tu pomost wzdłuż brzegu rzeki, z którego pławili konie przez głęboki odcinek nurtu. Tuż powyżej tego miejsca i myśmy często kąpali się, z trudem "gruntując do dna rzeki". W cieniu południwym głębokie było miejsce zwane "szluzą", stanowiące znaczne rozszerzenie koryta, położone poniżej ogrodu apteki.

            Zimą urządzano tu stale ślizgawki, gdzie  za niewielką opłatą korzystało się z ławek, pomocy przy zakładaniu łyżew i z odmiecionego lodowiska.

            Bardzo głębokie i szerokie miejsce w ramieniu północnym, znajdowało się na wprost lessowego wąwozu, wiodącego do rzeki obok cerkiewki unickiej św. Mikołaja, pod urwistym brzegiem ogrodu miejskiej szkółki początkowej. Stale tutaj masowo kąpali się Żydzi i każdego roku było parę wypadków utonięć w vzasie kąpieli.

            W porze wylewów wiosennych, szeroko rzozlewału się wody Huczwy. Łąki na północnnej stronie miasta stały pod wodą i nie zapomniany ył widok szerokiej płaszczyzny wylewu, oglądany ze skarpy cerkiewki św. Mikołaja. Również łąki między Sławęcinem a Pobereżanami, aż po lasek koło młyna parowego,, częściowo zalewała woda. W suche lata woda znacznie opadała, ale zawsze było jej dość, by można było ciężką łodzią opłynąć Hrubieszów dookoła  i nie raz robiłem to za szkolnych czasów. W niektórych miejscach w ramieniu południowym, jedynie roślinność wodna utrudniała nieco swobodę ruchu czółna i pracę wioseł.

            Na wzgórzu otoczonym Huczwą, rozłożyło się miasteczko. Układ ulic uwarunkowany jest owalnym kształtem terenu objętego rzeką i wydłużonego z zacodu na wschód. Od rynku, położonego w połowie długości tego owalu, wybiegału pod prostym kątem dwie główne arterie komunikacujne: ulica Pańska / obecnie Dzierżyńskiego. Red. /, pzebiegająca wzdłuż osi terenu równolegledo południowej odnogi Huczwy i prostopadła do niej ulica poprzeczna, nie mająca wtedy żadnej nazwy, wiodąca ku północy w stronę wspomnianego lessowego wąwozu, obok którego zataczała łuk i biegła ku zachodowi i znów ku północy, do mostu chełmskiego /dziś Partyzantów. Red./.

            Tutaj zaczynał się trakt wiodący przez Teratyn i Raciborowice do Chełma, odległego o 40 wiorst ros., gdzie znajdowała  się najbliższa Hrubieszow stacja kolejowa.

            Od mostu chełmskiego inna ulica biegła okrężnie ku zachodowi i łączyła się łukiem z ulicą Pańską.

            Równolegle do ulicy Pańskiej, pomiędy nią a ulicą okrężną, biegły jeszcze dwie długie ulice, dochodzące na zachodzie do ulicy okrężnej. Jedna z nich nosiła nazwę ul. Ogrodowej, druga nazwy nie miała. Szereg drobnych, nieregularnie przebiegających uliczek lub przejść pomiędzy domami nie posiadał nazw i zresztą zmieniał swój układ przy każdorazowej odbudowie po pożarach.

            Z  rynku biegła jeszcze jedna wylotna ulica ku południowi, do mostu na Huczwie, wiodąca do dzielnicy szpitalnej i ku Pobereżanom, dająca odgałęzienie na wschód ku Podgórzu i na cmentarz. Stąd wiodły drogi do Czumowa i Gródka nad Bugiem.

            Hrubieszów był za czasów mojej młodości miasteczkiem gwarnym i ruchliwym. Liczył 10000 ludności, był miastem powiatowym i stanowił centrum handlowe dla bogatej rolniczej okolicy powiatu, a częściowo i dla przyległych  terenu zabużańskiego Wołyni, które ciążyły raczej do bliżej położonego Hrubieszowa, niż do bardziej odległego Włodzimierza Woł. Miasto posiadało kościół, dwie cerkwie, bożnicę, dwa szpitale: jeden dla chrześcijan, drugi dla Żydów, progimnazjum, było siedzibą władz powiatowych i miejskich, miało kasę oszczędności, syndykat rolniczy, aptekę, dwa składy apteczne. Stacjonował w nim stale pułk wojska - w latach 90-tych, początkowo Dutyrski pułk piechoty a później, 20-ty Dragoński Olwiopolski pułk kawalerii.

            Murowaną zabudowę posiadał Hrubieszów tylko dookoła rynku i częściowo na ulicy Pańskiej. Również budynki o charakterze publicznym, jak świątynie, poklasztorny budynek progimnazjum, szpital, odwach i parę innych, były murowane. Olbrzymią większość zabudowań stanowiły niewielkie parterowe drewniane domki, kryte gontami a należące w centralnych częściach miasta do Żydów, częst zaniedbane, budowane ciasno i nieregularnie, stanowiły w wielu miejscach zabudowę zwartą.

            Na peryferiach miasta panowały schludne domki mieszczańskie z przyległymi do nich większymi lub mniejszymi ogrodami.

            Rynek hrubieszowski nie miał zwykłej prostokątnej formy. Wydłużony był w kierunku północnym, tu jednak niewielki skwer zwężał jego szerokość do jezdni. Ku południowi powierzchnia rynku obniża się w stronę zjazduku Huczwie. Kamienice w południowej pierzei były jednopiętrowe, kryte blachą, inne przeważnie parterowe.

            Wszystkie prawie partery domów w rynku były zajęte przez bogato zaopatrzone w towary sklepy. Pzeważały sklepy z towarami łokciowymi lub żelaznymi, była masarrnia, dwa sklepy z galanterią. Za wyjątkiem jednego z tych ostatnich, masarni i handlu spożywczego, szystkie sklepy były w rękach żydowskich. Jedynie felczer szpitalny-Jakulewicz, Polak, miał w rynku swój pokoik, gdzie golił i strzygł. Stała to była w owych czasach funkcja felczerów, specjalnych fryzerni nie było.

            Przy ul. Poprzecznej była mała drukarnia Zyda Gutfelda.

            Nie było równeż w Hrubieszowie hotelu. Były tylko tzw. zajazdy, o wysokiej wiazdowej bramie, którą wjeżdżało się z końmi i ekwipażem do wnętrza  zajazdu. W długim przejeździe budynku zajazdu, prowadzącym na jego drugą stronę, znajdowały się stajnie dla koni i tutaj zatrzymywały się bryczki i powozy. Obok, w pokoikach gościnnych, można było umyć się z kurzu, wpocząć i popasać. Przy zajazdach kręcili się stale tzw. faktorzy, z reguły Żydzi, któży gotowi byli do wszelkich usług, informacji i stręczycielstwa. To też w zajazdach odbywały się nie raz wesołe libacje i pokątne procedery. Zajazdów takich było dwa w rynku i jeden przy ul. poprzecznej.Nie było także w Hrubieszowie restauracji, ani tym bardziej cukierni. Był tylko prowadzony przez Polaka-p.Wydrychiewicza handel towarów spożywczych i napolów alkoholowych, połączony a pokojem do śniadań, w jednym z domów przy wschodniej stronie rynku.

            W tyle poza tymi domami, znajdywały się tzw. sutki - szereg nędznych sklepików w drewnianych straganowych butkach, zbudowanych w zwarciu, jedna przy drugiej, uszeregowanych w wąską, służącą tylko pieszym uliczkę, zawsze wypełnioną gwarnym tłumem kupupujących tutaj wszelkie drobne towary. Można tam było także dostać gotowe ubrania,żelaziwo, śledzie, pieczywo i owoce, smary do wozów,  rzemienie  skórę, naftę i mydło, "szuwaks"zastępujący nam wtedy nieznaną pastę do obuwia, uprząż i baty na konie, wszystko w najbardziej tandetnym wyborze. Był to jakby bazar wschodni w miniaturze i najlichszym wydaniu. Tak sobie wyobrażam zaczątki wszelkiego handlu miejskiego, z czego z czasem wyrosły i krakowskie Sukiennice.

            Przecznica,łącząca trzy podłużne ulice miasta, była dość ciasno zabudowana przez domy żydowskie. Przy niej położony był dom murowany, zwany magistratem, gdzie urzędowały władze miejskie, policja i gdzie był areszt miejski. Nieco dalej był odwach z rosyjskim postarunkiem wojskowym. Na

zakręcie ku zachodowi stał duży, murowany piętrowy dom, gdzie mieściły się warsztaty mechaniczne narzędzi rolniczych, prowadzone przez p.Kazimerza Dodalskiego. Na przeciwko stały domy żydowskie, drewniane; w pierwszym z nich mieszkali moi rodzice.

            Przed domem, dwa maleńkie ogródki, po obu stronach oszklonego ganku, otoczone sztachetami. Przed ogródkami głęboki rów, mający odprowadzać wodę z ulicy, przez który do ganeczku wiódł mostek. Na prawo duża brama wjazdowa na dziedziniec naszego domu, również szczelnie otoczony płotem.

            Ku zachodowi od ulicy poprzecznej, dookoła dużego gmachu murowanej bożnicy, rozłożyła się dzielnica żydowska. Była licho zabudowana nędznymi drewnianymi domkami z siecią drobnych krzyżujących się przejsć i uliczek, bez jednego drzewka, zawsze gwarna i pełna umorusanych dzieciaków, cuchnąca wylewanymi przed domy pomyjami, stałe ognisko różnych chorób.

            Stale tu grasowały gruźlica, tyfus i czerwonka. Podobny charakter miała ulica idąca od wspomnianych warsztatów do mostu chełmskiego.             Zupełnie inaczej wyglądała ulica Pańska. Od kościoła parafialnego i cerkwi, po obu stronach ulicy ciągnęły się ogrody a w nich, w pewnych odstępach, stały duże drewniane lub murowane domy: plebania, wikarówka, apteka, domy zarządu powiatowego, drewniany parterowy dom syndykatu rolniczego z wystawionymi przed nim, na dziedzińcu, narzędziami rolniczymi, dom dr Golakowskkiego, domek p. Kiesewettera z murowanym budynkiem powiatowej kasy oszczędności na froncie i parę innych. Wszystkie te domy czysto utrzymane, oszalowane lub otynkowane, porzządnie opłotowane  tonęły w zieleni drzew i sadów owocowych, miłe sprawiające wrażenie.

            Niektóre miały nawet cechy zabytkowe, jak wzniesiny na terenie średniowiecznego zamku budynek apteki o pięknym klasyczym portyku z czterema białymi kolumnami, jak budynek kasy oszczędności lub dom plebanii, nakryty dachem o charakterystycznej sylwetce mansardu francuskiego. W tym domu urodził się Bolesław Prus. Podobnie, choć skromniejszymi drewnianymi domkami, zabudowana była ulica Ogrodowa /Dziś, najprawdopodobniej ul. Narutowicza. Red./

            Uroczym, niezapomnianym zakątkiem było otoczenie cerkiewki św. Mikołaja, dawnego koścoioła unickiego, pobudowanej na wzgórzu północnej części miasta nad urwistym i wysokim brzegiem Huczwy, za wspomnianym już wąwozem. Otoczenie jej, ograniczone od doliny rzeczki i od strony zachodniej urwiskami lessowymi, stanowiło odosobnioną od  brudu uliczek miejskich oazę czystości, zieleni i porządku. Cerkiew o białej sylwecie ścian, otoczona wieńcem starych jesionów i zawsze dobrze utrzymanym ogrodzeniem, wzbudzała sympatię zwiedzających ustronnością i zacisznością miejsca. Żydostwu był wstęp wzbroniony a wiernych prawosławnych widziało się tu tylko w dni świąteczne.

            Ścieżki na otoczonej urwiskami równince były czysto wygracowane, drzewka i krzaki pięknie rozmieszczone i dobrze prowadzone. Znajdował się tu inrygujący mnie od lat dziecinnych kamienny, kilkudziesięciocentymetrowy zabytkowy krzyż, wykuty w kwarcu, o krótkich i szerokich ramionach, z wyrytym na nim rysunkiem krzyża jerozolimskiego. Krzyże takie spotkać można na starych XVII wiecznych na Wołyniu, np. w okolicy Kornca lub w Czerczy pod Krzemieńcem. Z ławeczki nad urwiskiem roztaczał się rozległy widok na Huczwę, płynącą tuż u stóp urwiska, na zalewane łąki poza nią i odległe wsie: Dziekanów i Szapikołosy, zaś w bok ku zachodowi, na nadrzeczne domy biedoty miejskiej, nad którymi wieczorami mieniły się przepychem czerwieni, złota i granatu, blaski i cienie zachodu. Często, korzystając z ozwolenia popa Korzeniowskiego, którego domek znajdował się przed obejściem cerkiewki, odwiedzaliśmy z matką lub sami ten cichy zakątek, uroczy i spokojny. Było to ulubione miejsce naszych wypoczynków i lektury.

            Inne części miasta, a więc cała połać wschodnia, część położona na prawym brzegu Huczwy oraz szereg domków przy nisko położonej uliczce między północnym ramieniem Huczwy i stromym urwiskiem lessowym, miały charakter przedmieść. Były tam  niewielkie domki mieszczan hrubieszowskich, katolików lub przeważnie opornych unitów, otoczone ogródkami i sadami, albo dalej położone, o charakteze zabudowań wiejskich, domy rolników ze stajniami i stodołami. Wiejski charakter miały również przedmieścia Pogórze, Pobereżany i Sławęcin.

            Za Pobereżanami, w odległości 2 wiorst od centrum miasta, u stóp Tatarskiej Góry pamiętający klęskę Tatarów zadaną im przez Sobieskiego w 1672 r., po ostatnim ich napadzie na Hrubieszów, znajdował się duży młyn parowy, jedyny prócz paru cegielni obiekt przemysłowy Hrubieszowa.

            Na wierzchołku Góry Tatarskiej, opadający stromo ku łąkom nadhuczwiańskim, znajdował się niewielki kolisty okop i wał ziemny, zapewne ślad historycznego osiedla ludzkiego.

            Za najmłodszych moich lat, Hrubieszów nie był brukowany. W okolicy nie było zupełnie kamienia. Lekko sfalowany teren był pokryty głęboką warstwą lessu, przy zupełnym braku kamieni polnych. Lodowiec widocznie już tutaj nie sięgał. Także i  kamieniołomów żadnych w okolicy nie ma. Za kamień wielkości głowy dziecka do przyciskania kiszonej kapusty, płaciło się 2 zł.

            Pylne drogi lessowe wznosiły tumany kurzzu za każdą  przejeżdżającą furą lub ekwipażem. Kurz ten pokrywał twarze i ubrania jadących szarym nalotem. Toteż w stałym użyciu byly prochowniki, zwane "pudermantlami", szyte najczęściej z białego płótna, które się wkładało na ubranie. W okresach deszczowych lessowe drogi zamieniały się w topielisko błota.Kałuże i bajory wypełniała gęsta jak śmietana maź, w której wozy pogrążały się po osie k6ł. Zwłaszcza, gdy był w taką pogodę jarmark i drogę rozmięsiło setki furmanek,przejście przez taką ulicę bylo niepodobieństwem i trzeba było kołować by znaleść przejście. Wzdłóż ulic, zamiast trotuarów biegły drewniane kładki ułożone z kilku lub przsynajmniej dwóch równoległych desek umocownych na poprzecznych legarkach. Często jak na ulicy północnej wiodącej do mostu chełmskiego kładki te były przeprowadzone znacznie wyżej niż jezdnie ulicy i gdy jezdnie i gdy jezdnie zalewalo bezdenne błoto, po kładkach można było sie jako tako porruszać. O razmiarze błota daje pojęcie fakt, że gdy raz w czasie jarmarku niedaleko naszego domu wywruciła sie fura i dziecko wpadło do błota to zanim fure podniesiono i dziecko wydobyto, utopiło sie ono w płynnym błocie. Zaraz gdy matka moja wracała z cmentarza i bryczka ugrzezła na podgórzu w błocie, musiano matke wynieść na plecach na kłatke. A złośliwa legenda twiedzi, że kiedys w Hrubieszowie kozak z piłką utoną w błocie nad które tylko piłka wystawała.

            Dopieo za mojej pamięci Hrubieszów zaczęto brukować. W obec zupełnego braku kamieni w okolicy brukowano cegłą; klinkierem. Wart jest zanotowania iekawy fakt o którym niewspomina A.Wiatrowski w swej monografi "Dzieje Hrubieszowa ..." /Hrubieszów 1957/ a który pamietam doskonale; gdy poraz pierwszy około  18930-95r wykładano cegłami rynek, zgładzano stromy zjazd ku ulicy wiodącej do mostu na Huczwie, niwelując i obniżajac jego wschodiną połać. Wybrukowano wtedy cały rynek i część ul. Pa/nskiej poprzecznej do magistrau. Gdy po pewnym czasie zaczeły sie deszcze i ulewy pewnego ranka zdumieni mieszkańcy Hrubieszowa zobaczyli na środku rynku, jak w starozytnym Rzymie rozwartą przepaść. Bruk zapadł się, otwierając dość głęboką czeluść próbowano zejść do powstałej jamy, murowany korytaż wiódł w strone kościoła lecz woda na dnie niepozwoliła na dalsze zapuszczanie sie w podziemia. Dół zasypano i nikt się więcej tym nie interesował. Niewątpliwie były to jakieś stare lochy; tradycaj łaczy Hrubieszów podzeimnymi z Horodłem, odległym o jakies 14-15 kilometrów. Jakoby za czasów Jagiełły przejścia te miały istnieć. Wieżyliśmy w to święcie i dosłuchiwaliśmy sie na gościncu chełmskim dudnienie pod kołami przejeżdzających wozów, gdzie sądzilismy, że przebiegają również podziemne kanały. Od tego czasu interesowały mnie zawsze stare podziemia i być może, że to włąnie przeżycie wzbudziło we mnie zainteresowanie grotami podziemnymi i chęc w uczestnictwach w wyprawach pierwszych grotołazów Tatrzańskich, organizowanych około roku 1922 przez braci Zwolińskich w Zakopanym.

            W Hrubieszowie oświetlenie ulic w latach 1890-1904 było nader skompe. Na głównych ulicach były wprawdzie nieliczne latarnie naftowe, które pod wieczór zapalał specjalny funkcjonariusz magisracki, noszący drabinę i bańkę z naftą, ale boczne uliczki tonęły w ciemnościach. Gdy się nocą wychodziło na miasto, brało się blaszaną latarkę ze świeczką w środku. W domach mieszkańcy używali również lamp naftowych. I my mieliśmy takie oświetlenie mieszkania. Było ono dość kłopotliwe. Lampy często filowaly tj. kopcily sadzą, wypełniajać caly pokój czadem brudząc wszystko ulatnajacym sie kopciem. Szkiełka na byle rzeciągu pękały. Trzeba je było codziennie rano lub też przed zapaleniem  starannie oczyszczać, knoty obskrabywac ze zwęglonych brzegów. również w czasie palenia się lapmy kjonieczne było od czasu do czasu w podobny sposób knoty "objaśniać".

            Wielkim ewenementem domowym było gdy ojciec zakupił lapme wiszocą i zawisił ja w jadalnym pokoju. Jeszcze przed moim urodzeniem, był u odziców wypadek spowodowany oświetleniem naftowym. Służąca nalewała nafty do lamki kuchennej odkręciwszy palnik, niezgasiwszy płomyka. Rosyjska nafta była słabo destylowana, zawierała dużo lotnych składników i była łatwo palna. Przy nieostrożnym nalewaniu zapaliła sie nafta w lampi i butelce, dziewczyna oblała się przy tym sama i w płonącym ubraniu wpadła do pokoju. Matka moja potrafiła ugasic ogień narzuciwszy na nią kołdre, jednak dziewczyna poparzyła silnie twarz i ręce i musiała pojść do szpitala. Również i framuga okienka wewnętrznego w kuchni opaliła się silnie i jeszcze mnie pokazywano sladyy opalenia. Skączyło się na niepomyślnie także delikfentce, bo gdy odwiedził ją w szpitalu narzeczony, zobaczywszy czeroną i napuchniętą twarz, wyrzekł się dziewczyny i  zerwał narzeczeństwo, choć pozniej śladu oparzeń niebyło.

            Sprawa była też załatwiona w dość prymitywny sposób. W domach byly tylko piece ceglane lepione gliną bez heremtycznych dzwiczek, z szybrami zasuwanymi, zamykającymi u góry przewiew komina. Palono tylko drzewem. Węgle kamiennego nikt nieużywał. Tylko w kuźnich był w urzyciu węgiel drzewny. Uboższa ldudność po częsci torfem wydobywanym gospodarskim sposobem z nadhuczwiańskich łąk. Był to dobry torf nizinny bardzo ciemny i zawierający wielką ilość muszelek slimaków: błotniarek, zatoczków i jakichś drobniejszych gatunków. Muszelki te snieżnobiałe, piekne wyglądaly na tle czarnych cegiełek torfu i lubiliśmy je wydobywać podczas częstych spacerów na łaki gdzie szuszono torf. Drzewo sosnowe wozili do miasteczka okoliczni chlopiod których przygodnie sie je kupowało. myśmy palili drzewem bukowym. Zwykle raz do roku,  gdzieś przed Bożym Narodzeniem, otrzymaliśmy transport 8-10 fur drewna z Łazisk, majątku Swidzińskich z pow. Zamojskiego w obec znacznej obecności paru mil tranfport ten przebywal co do nas nad wieczorem. Po złozeniu drewna, matka nasza przyjmowała fornali posilną goroncą kolacją, co oczywiście było przez nic, w obec trudnej dlugiej podrózy i częesto mroźnej pogody, bardzo mile przyjmowane. Stanowiło też charakterystyczną ceche stosunku rodziców do ludzi.

            Drewno bukowe doskonale nadaje sie na opał i dobrze sie pali bez uprzedniego wysuszania. Bardzo lubiłem przyglądac się w zimowe wieczory ognisku w piecu i obserwowac, jak z płonących polan bukowych wydobywa sie pieniący sie sok. Obserowanie płaonącego ogniska jest zapewne od czasu pierwotnego człowieka zawsze fascynujące i nasuwające najprzeruźniejsze refleksje.

            Tego rodzaju warunki oświetlenia i opalania, przy drewniane i nieżadko lichej zabudowie, powodowały częśto pożary zarówno w mieście jak i na przedmiściach a zwarte szeregi domów drewnianych krytych gątami, zmagały niebezpieczeństwo rozszerzania się ognia.

            Hrubieszów za najmłodszych moich lat niemiał straży ogniowej ani specjalnych zabezpieczen i urządzeń przeciwpożarowych. Nie pamiętam by w tak duzej posesji jakiej mieskalismy i w  oficynach, były kiedykolwiek jakies drabiny czy bosaki, przeznaczone do ratownictwa, a napewnio kręcąc sie koło domu i wsadzając nos we wszystki kąty byłbym je znał i pamiętał. Toteż pożary były groźne, rozszerzały sie błyskawicznie, i trawiły czasem całe połacie ciasno pobudowanych nędznych domków, zwłaszcza w dzielnicy rzydowskiej. W razie wybuchu pożaru bily dzwony w niedaleekiej cerkwi św. Mikołja alarmując mieszkańców. Pamiętam dobrze trwoge i zaniepokojenie, gdy poźnym wieczorem gdy wszyscy w spokoju układali się do snu, niespodziewanie donośny rytm bijącego na alarm dzwonu poderwał wszystkich do okien i przed dom, by sprawdzić gdzie powstał ogień i czy niezagraża naszej ulicy. na rartunek spieszył kto mógł i chciał.i chciał. Wode noszono wiadrami i konefkami a woziwodowie mieli obowiazek dowozić ją w beczkach. Pare razy zdarzyło się, że  wobec rozszerzającego zbliżającego sie pożaru i w naszym domu pakowano rzeczy by je można było wyniść gdy poża dojdzie do nas. Nigdy jednak na szczęście tak się nie stało. Zwłaszcza pożary wybuchające nocą szerzyły panike. Tragiczny był widok siedzących po pożarze bezradnie ludzi z wystraszonymi dzięcmi. Niemal rozpacz i lament a obok dopalające się resztki domu i część niezawsze uratowanego dobytku. ratowano zwykle przedewszystkim poduszki i okrycia jak najcenniejszy majątek ubogich. Potem sprzęty i graty domowe. Na pogorzelców zbierano poźniej składki w kościołach, przez gminy i prywatnie po domach, często bowiem ich majątek i budynki nie były asekurowane.

            W czasie mego dzieciństwa, zorganizowano poraz piewszy w Hrubieszowie straż pożarną. Strażacy otrzymali sukienno brunatne mundury, takież czapki /hełmów strażacy niemieli/, pasy, toporki, sikawkę ręczna i drugą wiekszą konną. Trzeba było jednak ręcznie pompować wodę, by uzyskać potrzebne cisnienie i wytrysk jej strumienia. To też efekt ratowniczy często był dość nikły i wywoływał krytyke i narzekanie.

            Również sprawa wody przedstawiała się w Hrubieszowie opłakanie. Wody do picia i gotowania donoszono z Huczwy. Trudnili się tym najuborzsi Rzydzi. Taki "nosiwoda" czerpał wode wprost z rzeki wchodząc w nią pokolana, nabierał w dwie drewniane konwie na tzw. "koromesłach", czyli nosidłach, odpowiednio ukształtowanych do ramion i szyi noszącego. Po obu koncach drewna noszy zwiszały łamcuszki zakącone hakami na które wieszano konwie. Mieszkalismy blisko rzeki ale trzeba bylo wejść po wysokich kilku przęsłowuch schodach, by pokonać nadrzeczne urwisko. Umawiano się z nosiwodą za drobną opłatą miesięczną. Do dalszcy domów a okresowo i do nas, wode dowożono. "Woziwoda" miał specjalnie długi wóz, zaprzeżony w dwa konie. Rozpaczliwie wyglądały konie "woziwodów": najbardziej wybrakowane chabety nidokarmione, chude, o poobcieranych do krwi bokach i karkach, wykrzywionych nogach, ledwo ciagneły po błocie ciężar 2 beczek wody, czerpanej z rzeki na przeciw lessowego wąwozu, niopodal miejsca gdzie powyzej komali sie Rzydzi. W rezultacie woda zawsze była metna i zanieczyszcona. Nam niewolno było pic wody nieprzygotowanej.

            Niezmierną sprawiało nam ucieche, gdy  czasem w domowej beczce z wodą ktora stała na ganeczku kuchennym i z której blaszaną kwartą mimo zakazów czerpało się wode do picia spostrzegliśmy rzywą rybkę długości paru centymetrów. Wyjmowaliśmy ją wtedy z beczki i wpuszczali do szklanego słoika który imitował akwarium zanim biedna rybka z braku opieki zamierała w nieodświeżanej wodzie.

            Powszechne urzywanie do picia wody z rzeczki, powodowało w Hrubieszowie jaką stała edemiczną chorobę tyfus brzuszny i czeronkę.

            Za mojej pamęci mniej więcej w roku po wybrukowaniu rynku wiercono na jego skraju pierwsze w Hrubieszowie artyzyjską studnie. Opatrzona pompa służyła powszechnemu użytkowi. Zbudowano ją około 1895 roku starając się tym poprawić warunki zdrowotne miasta. Bodzcem była niedawno epidemia cholery, która nawidziłą w tych latach królestwo.

            Pamiętam doskonale pod jaką grozą żylismy wtedy wszyscy, była jesień. Szkoły byly pozamykane, jarmarki odwołane, w kościołach nie odbywano mszy uroczystych. Nasz jako dzieci niewypuszczano z domu. Ojciec jako lekarz mający wciąż doczynienia z chorymi zarówno w szpitalu jak i w prywatnej praktyce, nie kontaktował się z nami zupełnie. Pieczywo matka opalała na lampce spirytusowej, jedliśmy tylko gotowane potrawy, rzadnych surowisk i owoców.

przepisali uczniowie Policealnego Studium Informatycznego

 

II część

     Szkoła początkowa, położona naprzciw okien naszego sypialnego pokoju, byłą zamieniona na szpital epidemiczny dla Żydów. Z przerażeniem patrzyliśmy, jak codziennie wynoszono z niej zmarłych w czarnych prostokątnych skrzyniach, opatrzonych na końcach drażkami do niesienia i czterema nóżkami. Nie wiem czy były to zwykłe używane przez Żydów trumny, czy też tylko w okresie epidemii.
I tu nasuwa się uwaga, jak ogromny postęp od tych stosunkówo niedawnych czesów, uczyniła ludzkość na polu walki z bakteriami oraz na polu higieny. Nauka święci tu może równie wielki triumfy, jak dziś na polu techniki atomowej i rakiet międzyplanetarnych. Wszak dzisiejszym młodym ludziom jest zupełnie nie znana groza epidemii i nie zdają oni sobie sprawy z tego, czym były te klęski w tamtych czasach. W średniowieczu, takie choroby jak cholera, ospa, dzouma, dziesiątkowały ludzkość miast europejskich, wyludniając je nie raz do połowy. Mieszkańcy uciekali w popłochu na wieś i bezludne okolice. Nie miano pojęcia jak sie ratować, urzadzano błagalne pochody i procesje modlitewne ze śpiewami, chorągwiami z uczestnictwem zakonników, wędrując od miasta do miasta, roznosząc zarazę co raz szerzej. Trąd był powszechną chorobą miast środkowo europejskich, i i nas w Krakowie, Poznaniu i innych większych miastach, byłyu wszędzie leprozaria, gdzie przebywali trędowaci. Chodzili oni po ulicach żebrząc, a dzwonkiem ostrzegali zdrowych przed bezposrednim z nimi kontaktem. Dziś dzięki odkryciom Pasteura, który żył jeszcze za mojej młodości, i dzięki odpowiednim środkom zapobiegawczym, epidemię te znamy tylko z tradycji. Jeszcze za moich dziecinnych lat, gdy obowiazek szczepienia ospy nie był tak rygorystycznyjak dzisiaj przestrzegany, często spotykało sie ludzi o twzrzach pokrytych poostowymi bliznammi, tzw. "dzibatych". Zwłaszcza wśród mieszkańców wsi, wśród robotników miejskich, słóżby i tp., "dziobaci" byli zjawiskiem codziennym. W Hrubieszowie również w latach 80-tych i 90-tych ub. w., częste były wypadki zachorowań na ospe.
Ludnosc chrubieszowa za moich dziecinnych czasów była bardzo niejednolita. Składała sie w ogromnej przewadze z Żydów, trudniących się handlem, faktorstwem lub drobnymi rzemiosłami. Liczną grupę z dawna osiadłych obywateli miasta Hrubieszowa, stanowili mieszczanie, Polacy-katolicy lub dawni unici, zmuszaniu do przejścia na prawosławie. Na przedmieściu Sławęcin było troche Rusinów.
Inteligencja zawodowa polska była bardzo nieliczna i tworzyła ją zaledwie kilkanaście rodzin: lekarzy, aptekarzy, inżyniera powiatowego, dwu księży, paru emerytów.
Równie nieliczna, może trochę liczniejsza od inteligencji polskiej, była napływowa klasa urzędnicza Rosjan. Byli to nauczyciele progimnazjum starostwa magistratu, popi a wreszcie obsada oficerska stacjonującegu tutaj pułku. Każda z tych grup ludności stanowiła odrębne środowisko, żyła własnym życiem i kontaktowała się innymi tylko na tle stosunków zawodowych.
Żydzi byli najbardziej ruchliwym, gwarnym i rzucającym się w oczy elementem ludności miasteczka. Znaczna większość masy żydowskiej trudniła się handlem. Pewna ich część uprawiała takżerzemiosło. W póżniejszym czasie praktykował w Hrubieszowie jeden lekarz Żyd.
Żydzi byli prawie bez wyjątku ortodoksi i również poza bardzo nielicznymi wyjątkami, zachowywali sobnie tylko właściwy strój.
Ubierali się w dłógie do kolan, czarne lub rzadziej szare chałaty, szyte z lekkich materii, stale nosili takież czapki, kaszkiety z dzaszkiem, nie zdejmowane ani w bożnicy, ani w domu. Pod czapkąstarsi nosili jarmółki, tj. płytkie niewielkie mycki, przylegajace do czubka głowy i wtedy w domu chodzili bez czapek. Buty ubierali długie, często kamasze z gumami, tzw. "na filgach" /sznurowane trzewiki nie były wtedy zupełnie w użyciu/, czasem w lecie w domu, nosili pantofle. W szabas, zamożniejsi ubierali się w jedwabne chałaty. Pod chałatem nosili kamizelki, spod których nie raz wystawały białe tasiemki, zwiazane z nabożnymi praktykami, zwane pogardliwie przez gawiedź "cycełe". Modląc się w bożnicy lub w szabas, nakładali rodzaj ręczników w pasy szare i białe na czoła przywiązywali drobne symbole mojżeszowych przekazań. Podobnie w mieszkaniach przy drzwiach wejściowychwchodząc do domu dotykali palcami.
Nosili zarost, nieogolone brody i niech przykrócone pejsy.Jedynie tzw. chasydzi, rabini i ich uczniowie, talmudyści, nosili dłógie, kręcone pejsy, charakterystycznie zwisające przed uszami po bokach głowy. Pejsy takie zwykle były przedmiotem nie tyle podziwu co drwin gawiedzi i dlatego zapewne, a tagże ze względu na policyjne zakazy, nie były noszone przez ogół. pod zaborem austrijackim zakazu takiego nie było i Żydzi chałatowi powszechnie tam pejsy nosili.
W ubiorze Żydówek nie było cech charakterystycznych, chyba brud i zaniedbanie i jedynie to, że mężatki nosiły peruki.
Tradycje judaistyczne Żydzi obserwowali bardzo skrupulatnie. Szabas święcili gorliwie. Już w piatek wieczorem rozpoczynai święto, zapalając w oknach drobne świeczki i wstrzymując się od wszelkiej pracy. Na wiosnę odprawiali świeto Kuczek, obozując wtedy na strychahc pod gołym niebem, na pamiątkę wedrówki przez pustynię i przebywania w namiotach. W tym celu, na drewnianych domachżydowskich, do dachów były wbudowane specjalne podnoszone klapy, normalnie opuszczone a w czasie Kuczek podnoszone do góry. W sądny dzień, Żydzi szli nad rzeke modlić się i odprawiać pokutę. Scenę taką pięknie przedstawił Aleksander Gierymski na swoim obrazie "Trąbki".
W soboty zbierali się Żydzi gromadnie w bożnicy, modlili się , zawodząc głosno i kiwając się rytmicznie. Osobno modliły się kobiety, w bocznym i wyżej połozonym pomieszczeniu bożnicy.
Hrubieszowska bożnica był to duży wysoki, biało otynkowany i porządnie utrzymany murowany budynek o załozeniu prostokątnym. Byłem w niej podczas sobotnich modłów i podziwiałem żarliwośc, z jaką modlili się Żydzi. W kilka lat póżniej oglądałem także pięknie urządzone wnetrze bożnicy w Łodzi.
Jak już wspomniałem, z niewielkimi wyjątkami, wyłącznie w rękach Żydów znajdował się małomiasteczkowy hotel. Wszystkie prawie sklepy w rtynku były zydowskie, także piekarnie. Dookoła rynku, w murowanych domach skupiały się sklepy zamożniejsze, jakChaji z towarami łokciowymi, gdzie stałą klijętką była nasza matka, Lejby - z garniturami i paltami, galanteryjny Szafmanai tp. W sutkach, o których wspominałem, mieściły się liczne kramy, też wyłacznie żydowskie.
Miasteczko było ruchliwe, okolica bogata, liczne dwory ziemiańskie a także z sąsiedniego Wołynia, zaopatrywały się w towary w Hrubieszowie. Parokrotne w roku jarmarki gromadziły tłumy ludności wiejskiej, zarówno z pobliskich wsi polskich jak i wołyńskich ruskich, handel więc kwitł i prosperował doskonale.
Byli wśród Żydów ludzie zamożni, przede wszystkim kupcy zbożowi. Do nich zaliczał się Sztych, właściciel domu w którym mieszkali rodzice. Ziemia hrubieszowska jest urodzajna, pszenicy i innych zbóż rodziła w bród, było więc czym handlować.Zamożni też byli kupcy porządniejszych sklepów łokciowych i właściciele domów znajdujących się w rynku.
Jednym z najpożądniejszych sklepów żydoskich, sklep Szafmana, gdzie prócz galanteri, dziecinnych zabawek i drobnych przedmiotów codziennego użytku, można było dostać nuty i książki, zarówno szkolne podręczniki rosyjskie, jak i popularne wydania polskiej beletrystyki a nawet książeczki do nabożeństwa, krzyżyki i medaliki. Szyfman był jednym z niewielu hrubieszowskich żydów, którzy nie chodzili w chałacie, ubierali sie po europejsku podobnie jak jego żona, która czesto zastępowała go w sklepie, zawsze ubrana starannie i z pewną elegancją, dobrze mówiła po polsku, co było rzdkością u Żydów.
Szafmanom zdarzył się kiedyś niecodzienny i ostatecznie zabawny wypadek: p. Szafman musiała mianowicie dwukrotnie brać ślub ze swoją żoną. Jest bowiem u Żydów zwyczaj, w rodzinach ortodoksyjnych skrupulatnie przestrzegany, że w razie odwowienia Żydówki, gdy zmarły mąż ma brata kawalera, wdowa jest obowiązana poślubić szwagra. Zdarzyło się, że p.Szafman poważnie zachorował i była obawa, że umrze. Miał w hrubieszowie niezamożnego brata zwykłego chałaciarza. Pani Szyfmanowa była przerażona, że w razie śmierci męża, rodzina będzie ją zmuszała do poślubienia owego Żyda, do którego dystyngowana pani czuła awansuje. Zaproponaowała więc choremu mężowi, że weźmie z nim rozwód, by uniknąć w ten sposób grożącej jej przykrej ewentualności. Szyfman zgodził się i rozwód uzyskanno, co u Żydów nie jest trudno. Jednakże pan Szyfman wyzdrowiał i rozwiedzione małżeństwo znalazło się w przykrej sytuacji. Jedynym wyjsciem było powtórne, wzięcie ślubu, co też uczyniono.
Olbrzymia większość Żydów żyła bardzo biednie. Zarówno wielu drobnych handlarzy, właścicieli sklepików, w których jak żartobliwie mówiono, sprzedawano "śledzie z mydłem i naftą z powidłem", jak również uprawiające drobne rzemiosła stolarze, szklarze, krawcy, czapnicy, drukarz, bo i drukarnię Gutfelda posiadał Hrubieszów, introligator, jubiler / Stary Bucio/ , powroźnicy faktorze, zarabiajacy dorywczo co i gdzie się da, żyjący w okropnych warónkach higienicznych, , zaniedbani pod wzgledem kulturalnym, niedożywieni i brudni, odznaczajacy się fanatyzmem religijnym ale gwarni i ruchliwi. Złe odrzywianie, ciasnota mieszkaniowa, ogromna rozrodczość w wymienionych warunkach powodowały, że choroby tropiły tę ludność stale. Egipskie zapalenie oczu, gruźlica, tyfus brzuszny a nawet plamisty, były stałymi plagami tej najuboższej warstwy mieszkańców Hrubieszowa.
Głównym pożywieniem ubogiej rodziny żydowskiej były chleb, śledzie, czosnek i cebula. Zwykle też od ubogiego żyda zalatywał przykry odór tych pokarmów, pomieszany z wonią brudnej i zaniedbanej odzieży i bielizny, typowy "Armleutenreruch". Jedynie w szabas Żydzi jedli lepiej, pokarmy przygotowywane były w piatek: ryby, nawt drób. Trzymano się przy tym ściśle rytualnych zwyczajów. Tak np. ubuj bydła był osobno wykonywany dla Żydów przez żeźników żydowskich, którzy zachowywali pewne obowiązujące ich przepisy o sposobie zabijania bydła. Gdy w żołądku drobiu znaleziono jakiś przedmiot, np. igłę lub haftkę, to już taka kura uważana była za trefną, nie wolno było jej spożywać i Żydzi odstępowali ją po byle jakiej cenie chrześcijanom. Ściśle także powstrzymywali się od jedzenia wieprzowiny. W domach chrześcijańskich, większość Żydów nie przyjmowała żadnego porzywienia, uważając je za "trefne" i gdy matka moja częstowała np. krawca lub introligatora oddającego robotę, zgadzali się jedynie wypić kieliszek wódki i zagryźć kawałkiem cukru.
Żydzi bardzo szanowali swoich rabinów a wielkim dla nich świętem był przyjazd znango rabina, "cadyka" z innych okolic. Rodziny żydowskie były liczne, brak dzieci uważany był za hańbę dla Żydówki i stanowił wystarczający powód do rozwodu. Dlatego zapewne bezdzietni pp. Szafanowie, łatwo dostali rozwód.
Dzielnice żydowskie Hrubieszowa pełne były umorusanych, krzykliwych dzieciaków, biegających na bosaka w majteczkach i koszuli, której wyciągniety dolny brzeg sterczał zwykle z tylnego rozporka majteczek. Godnym podkreślenia jest, że pomimo nędzy panującej wśród żydów nie było u nich żebractwa ani złodziejstwa. Natomiast wszelkiego rodzaju oszustwa handlowe i szachrajstwa, były na porządku dziennym.
Gdysmy przechodzili ulicami zydowskimi z pekiem kwiatów w ręku, to dzieci zydowskie biegały za nami i natrętnie upominały się: "daj cacki !, daj cacki !", czego zresztą nie uważam za objaw żebraniny, lecz lecz przejaw wrodzonego człowiekowi poczucia i potrzeby piękna, istniejącego nawet wśród tkwiących w szarzyźnie codzienności żydowskich dzieci.
Dzieci żydowskie nie uczęszczały do powszechnych szkół ludowych. Uczyły sie w rabinackich szkołach trochę hebrajszczyzny, trochę rachunków, modlitw i zasad religii żydowskiej. Poziom tej oświaty był bardzo niski. Żydzi pielegnowali gorliwie zasady swej religii i wszelkie przesądy. Poza tym uczyło ich życie. Znajomości języków zarówno polskiego jak i rosyjskiego, który kaleczyli okropnie, była niedostateczna. Na jednym z szyldów sklepiku przy moście na Huczwie, był tak brzmiący napis w obowiącującym języku rosyjskim: "Warszawskij krasilnija. Prinimajutsja raznych adiożi krasit i czistit". Co słowo to błąd.
Nielitościwy był stosunek Żydów do świata zwierząt, co przy wielkiej biedzie mas żydowskich jest dość zrozumiałe. Konie woźniców żydowskich przeważnie wyglądały tak, jak opisane konie woziwodów; niemiłosiernie okładane batem i przeciążane nadmiernymi ładunkami. Psów Żydzi nie trzymali nigdy. Natomiast prawie w każdym żydowskim domu był kot. Przykrym zwyczajem było wiązanie kota w piwnicy lub szopie na dłógim sznurku, by nie mógł uciec z pomieszczenia w którym miał tępić myszy. Źle karmiony, miał tym gorliwiej uprawiac łowy. Czesto widziało się nędzne zabiedzone koty, któere wyrwały się z niewoli i wałesały się po ulicach zgłodniałych ze sznurkiem na szyi. Również pędzenie przez zydowskich rzeźników bydła na rzeź, niemiłosiernie okładanych kijami i cieląt popychanych ku przodowi przez skręcanie ogona, zawsze wywoływało nasze oburzenie i protesty. Zdechłe koty, psy i szczury walały się czesto po ulicach i śmietnikach, a czesto znajdowaliśmy utopione w rzece koty z przywiązaną do szyi cegłą.
Drugą liczną warstwą ludności Hrubieszowa byli mieszczanie. Zajmowali domki i gospodarstwa podmiejskie. Ubierali sie w niebieskie kapoty lub po miejsku, zajmowali się uprawą roli i ogródków oraz rybactwem, z rzemiosł w ich rękach było kołodziejstwo,ciesielstwo i kowalstwo, częsciowo takrze szewctwo; również handel nierogacizną i masarstwo było ich fachem. Mieszczanie hrubieszowscy byli Polakami, katolikami lub opornymi unitami. Dostarczali do miasta nabiał, jarzyny, owoce a masło , ser i jagody, przynosiły do miasta kobiety zb okolicznych wsi.
Mieszczanie obserwowali szereg tradycyjnych zwyczajów, np. śluby odbywały się przy oczepinach, podawaniu "korowaja" - tj. kolistego placka, ubranego ozdobami i zawierajacego drobne monety w spodzie, przy zachowaniu urzedników weselnych: starosty, swatki, drużek i drużbów, przy okolicznościowych śpiewach i przemowach.
W święta Bozego Narodzenia aż do Trzech Króli, ich to dzieci i młodzież chodziła z szopką, w której występował i herod, śmierć, diabeł i anioł i dziad z dzwonkiem i baba, i Małgorzata tańcująca z "hułanami" i czarownica robiąca masło, żołnierz i wiele innych pięknie wystruganych i ubranych laleczek, zgrabnie poruszających się po wnętrzu szopki i zachwycających wpatrzoną dzieciarnię swą grą i ruchami.
Śpiewy i dialogi uzupełniały sceny szopki.
Chodzili równierz przebierani za śmierć i Heroda kolędnicy, chodzili liczni chłopcy z gwiazdami kunsztownie wyklejonymi z kolorowych przeźroczystych papierów, ze świeczką wewnątrz i kręcącymi się dookoła osi.
Gwiazdy te zwykle pokazywali chłopcy ze dworu poprzez szyby

24
okna przy śpiewie kolęd, kończąc zawsze życzeniowym zwrotem: "Czego życzę, tego winszuję". Dostawali za to datek pieniężny a jesli byli zaproszeni do mieszkania, także słodycze.
Na święta Wielkiej Nocy dziewczęta i kobiety przygotowywały przepiękne wielobarwne "pisanki", rysując woskiem na jakjach desenie i wzory, barwione techniką batiku. Jednobarwne "kraszanki" też były w użyciu.
Osobnym zagadnieniem zwiazanym z mieszczaństwem hrubieszowskim, była sprawa unii. Zapoczątkowana jeszcze na soborze florenckim w XV w., ciągneła sie w Polsce bez wielkich rezultatów do synodu brzeskiego i sejm 1596 r. za Zygmunta III, który popierał unię kościoła wschodniego z rzymskim. Dopiero jednak odpadnięcie Polski za Jana Kazimierza, po pokoju andruszowskim w r. 1667 lewobrzerznej Ukrainy, wpłyneło na porzucenie prawosławia, przez archirejów lwowskiego, przemyskiego, łuckiego i bracławskiego, przyjęcie przez nich unii i stopniowe rozprzestrzenianie się obrządku grecko - katolickiego. W XVIII w. lud przylgnął do unii, która stała się czynnikiem polonizacyjnym i gdy w XIX w. rząd carski zniósł unię i przyłączył kościoły unickie do prawosławia, lub przeciwstawił się tym zarządzeniom, co wywołało szereg konfliktów a nawet krwawych tragedii /Kroże/ .
Władze carskie, które dązyły do zrusyfikowania tych ziem, traktowały wszystkich unitów jako prawosławnych Rusinów i lansowały pózniej projekt wydzielenia z obszaru 10-ciu guberni utworzonego po Kongresie Wiedeńskim Królestwa polskiego /które w oficjalnej nomenklaturze rządowej w okresie popowstaniowym nazywano "PrywislilinskimKrajem"/ , części płd. - swch. jako tzw. Ziemi Chełmskiej, utworzenie z niej osobnej guberni i włączenie do Wołynia.Społeczeństwo polskie przeciwstawiało się tym zakusom, gdyż groziło to tym silniejszym naciskiem rusyfikacji, jak normowanie życia wg kalendarza nowego stylu i tp.
Ludnośc była tu niszczona, polska i ruska, za czasów polskich Polacy byli katolikami, Rusini unitami, choć również i wileu Polaków było unitami, gdyż nie przywiazywano dawniej znaczenia do przynależności tego lub innego obrządku i gdy np. nie było w pobliżu kościoła katolickiego, chrzczono i zapisywano dzieci w kościele unickim.
W Hrubieszowie i okolicy byli tzw. "uporstwujuszczyje" , czyli unici oporni, którzy nie chcieli uznać się za prawosławnych. podlegali oni represjom urzędników carskich. Szereg ostrych zarządzeń zabraniało księżom katolickim udzielania posług religijnych unitom a więc chrztów, ślubów, spowiedzi i pogrzebów, za co groziły ksiezom surowe kary, aż do zesłania włącznie. Wobec tego, we Lwowie i Przemyslu w zaborze austrijackim, zorganizowano szerg punktów, gdzie gdzie unitom z Królestwa, katoliccy księza udzielali tych sakramentów. Akcja religijna wiazała się ściśle ze sprawą narodowościową, gdyż chłop czy mieszczanin, który ugiął się i przyją prawosławie, dostawał się pod wpływ rosyjskich popów i ulegał rusyfikacji.
To też społeczeństwo gorąco poierało opornych unitów, ułatwiając im przedostanie się nielegalnie przez granicę do katolickich księży; unici uważali się za Polaków.
Z domem naszym pozostawał w dość bliskich stosunkach, o czym jeszcze dalej opowiem, jeden z takich opornych unitów, starszy mieszczanin Onufry Kraszkiewicz, który poza drobnomieszczańską gospodarka trudnił się wyrobem przetworów mięsnych i ubojem świń. Co roku urzędował u nas w tym charakterze, matka bowiem nasza hodował zwykle jednego prosiaka. Kraszkiewicza ogólnie w Hrubieszowie znano i szanowano, odznaczał się bowiem dużą cywilną odwagą i znana była i podziwiana wsród hrubieszowskich Polaków jego rozmowa z naczelnikiem powiatu, gdy ten chciał go w przyjacielski sposó przekonać o konieczności należenia do prawosławia.
Zacząwszy od zapewnienia swej lojalności dla najjaśniejszego pana /musiał oczywiście czymś osłonić swe stanowisko i bezpieczeństwo/, stwierdził jednak ,że religii swych ojców nie wyrzeknie się i nie będzie również namawiał swych dzieci do tego. A sprawa była bardzo przykra gdyż córka Kraszkiewicza wzięła ślub galicyjski, mieszkała u ojca z mężem i była w ciąży. W podobnych wypadkach, bardzo często władze carskie stosowały drastyczną represję, uznając kobiety które nie zalegalizowały swego zamążpójścia na terenie imperium rosyjskiego, za nieżądnice. Nakazywano im zaopatrzyć się w tzw. żółty bilet, który obowiązywał zawodowe prostytutki i zgłaszać się do lekaża powiatowego na oględziny zdrowotne lub też wziąść ślub u popa i przejsc na prawosławie. Była to niesłychanie upokażająca szykana i powodowała sprzeciwy aresztowania i dramaty.

26
W pewnym stosunku do sprawy unickiej, pozostawała też fundacja staszicowska. Jak wiadomo, ks.Stanisław Staszic nabył od Sapiehów w r. 1811dobra hrubieszowskie i utworzyłł z nich towarzystwo Regionalne Hrubieszowskie, do którego nalezały wsie: Pobereżany, Czerniczyn, Bohorodyca, Dziekanów, Szpikołosy, Jarosławiec, Busieniec i miasto Hrubieszów z przedmieściami. Chłpi i mieszczanie należący do Towarzystwa, zwani towarzyszami, uzyskiwali niezależnie od religii, katolicy, unici i Żydzi, na bardzo dobrych warónkach pożyczki lub zapomogi, w gotówce lub materiałych, w razie pogorzeli na odbudowę domów, także nowożeńcy na nowo zakładanych osiedli, w mieście na krycie domów niepalnym materiałem, świadczenia w razie gradobicia, drewno na opał i tp.
Prezesem Towarzystwa miał być każdorazowo starszy obywatelz rodziny Grotthusów, okolicznych obywateli ziemskich ziemskich. W razie gdyby nie było w tej rodzinie odpowiedniego kandydata, miał rolę prezesa pełnić czasowo burmistrz Hrubiesowa.
Towarzystwo prosperowało bardzo dobrze. W mieście za kwoty uzyskane od Towarzystwa wymurowano 38 domów /25 zydowskich, 13 chrzescijańskich/, chłopi cenili bardzo należenie do Towarzystwa i korzystali z zapomóg. Utworzenie Towarzystwa Hrubieszowskiego na zasadach tak wybitnie demokratycznych i postępowych, przynosi chlubę jego twórcy i kulturze polskiej.
Tradycja staszicowska była w Hrubieszowie zawsze żywa. W kościele na nawie głównej było umieszczone popiersie Staszica; żelaznego odlewu dokonano w hucieBiałogon pod Kielcami, uruchomionej w 1817 r. staraniem Staszica.
Ojciec mój otrzymał pochoodzący od rodziny Szlubowskich / włascicieli Parczewa/ piękny portrecik Staszica / Szkic portretu na następnej stronie/, posiadał też muzealnej wartosci żelazną plakierkę, wykonaną także w Białogonie, przedstawiającą lewy profil Staszica w klasycystycznym ujęciu.
Nie przewidział jednak Staszic, że burmistrzem i prezesem Towazystwa może być urzędnik carski, Rosjanin, wyzyskujący swe stanowisko do celów wynaradawiania ludności. W latach 80 - tych i 90 - tych ub. w . stało się towarzystwo narzędziem rusyfikacji.
Jesli chłop nie przyniósł kartki od popa, że odbył u niego spowiedź, co równało się deklaracji przejścia na prawosławie i nieodwracalnie zobowiązywało, to nie dostawał żadnej zapomogi.

27
Niestety dostępnym nam sposobem, nie jesteśmy s tanie reprodukować wiernej miniaturę.
Na odwrocie barwnej miniatury, ofiarowanej przez pacjęta ojcu autora "Pamiętników" mapis: "Rysowała wnuczka moja Natalia. Im. Szlubowski".
Powiększenie 10:9. Ze zbiorówK. M. M. Steckiego.

28

Działo się to z krzywdą dla zrzeszonych. Szereg jednak mieszczan, jak nasz Kraszkiewicz, wolało zrezygnowac z dobrodziejstw Towarzystwa, a nie wyrzekać sie swojej wiary.
I wśród inteligencji byli nieliczni unici. Unitą był właściciel składu aptecznego. Konstanty Sienkiewicz, przyjaciel mojego ojca, unitą był jeden z hrubieszowskich lekarzy - dr Łaniewski. Przymus załatwiania formalności religijnych w prawosłąwnej cerkwi, niejednokrotnie utrudniała im sytuacje i sprawy życiowe.
Dr Łaniewski uważał siebie za Polaka i gorącego patriotę polskiego. Miał córkę miłą, ale nie najmłodszą już panienkę, której zamążpójście było utrudnione zapewne z powodu notowania ich jako prawosałwnych.
W oficynie Sztycba mieszkał młody i przystojny podporucznik Butyrskiego pułku piechoty - Listowski, który zakochał się w pannie Łaniewskiej. Oficer ten lubił mnie jako dzieciaka, gdyż często zabierał mnie do swego pokoju i pozwalał brać do ręki szable, co oczywiście wzbudzało mój entuzjazm i wielką dla niego sympatię.
Dr Łaniewski, dowiedziawszy sie o staraniu rosyjskiego oficera, choć Polaka, o rękę jego córki, był stanowczo przeciwny temu małżeństwu. Nie chciał wydawać córki za oficera armi rosyjskiej. Natomiast moja matka, która bardzo wysoko ceniła instytucję małżeństwa i chętnie różne młode pary sfatała, znając zarówno pannę Łaniewską jak i Listowskiego, bardzo gorąco zachęcał ich, by się pobrali. Małżeństwo to doszło do skutku. Młody podporucznik Listowski był później cenionym generałem w armi polskiej.
W kilkadziesiąt lat później, już po drugiej wojnie światowej, byłem zaproszony przez profesora Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie - Listowskiego, podczas zjazdu Botaników, na przejażdzkęjego autem do Żelazowej Woli. Sprawiło im to ogromną przyjemność dowiedzenia się, że wychował sie on w Hrubieszowiei jest synem mojego znajomego, póżniejszego generała Listowskiego i panny Łaniowskiej. Pomyslałem wtedy, że zapewne sympatia jaka darzył mnie oficer Listowski, była dla niego zachętą do ożenienia się i wzbudziła chęć posiadania własnego synka.
w zwiazku ze sprawą unicka, a także z głównym połozeniam społeczeństwa polskiego pod zaborem rosyjskim, pod naciskiem

29

rusyfikacji, wyrobiło się wśród społeczeństwa polskiego silne poczucie odrębności narodowej, solidarności i przeciwstawienia się wszelkim zakusom rusyfikacji. Społeczeństwo broniło się przed wynarodowieniem.
W strefie unickiej, walka o narodowość polską, przybierała tym ostrzejsze formy. Sprawa zyznania wiązała się sciśle ze sprawą narodowości. Przejście na prawosławielub mieszane małżeństwo, co zmuszało do zmiany wyznania, spotykało się ze strony społeczeństwa polskiego z ostrym potępieniem. "Perekińczykom" , tj.zmieniającym religię, okazywano pogardę i bojkotowano ich towarzystwo. Uwarzano ich za zdrajców sprawy narodowej. To tez wypadki przejścia na prawosławie zdarzały sie rzadko.
Gdy jedna z mieszczanek Hrubieszowa, córka drobnego dzierżawcy czy też oficjalisty wychodziła za mąż za Rosjanina, na weselu przystapił do niej stary przyjaciel jej nieżyjącego ojca i ponurym głosem przemówił:
- Panno Marto! Śnił mi się dziś pani ojciec. Staną przede mną i zapytał: czy to prawda, że Matra wychodzi za mąż?
- Prawda, odpowiedziałem.
- Za prawosławnika?
- Prawda.
- Za wroga narodu?
- Prawda.
A wtedy ojciec pani trzykrotnie zawołał:
- Przeklęta Marta! Przeklęta Marta! Przeklęta!.
Inna nasza znajoma z ziemiańskiej rodziny w okolicach Hrubieszowa wyrzekła się swego pierworodnego syna za to, że ożenił się z Niemką.
Jak juz wspomniałem, inteligencja polsak w hrubieszowie była bardzo nieliczna. Niedostepne były dla niej urzędnicze stanowiska rządowe, które obsadzano tylko rosjanami. Ani w szkolnictwie, ani w administracji, na poczcie lub kolei, poza nielicznymi wyjątkami, Polaków nie zatrudniano. Handel był w rękach Żydów.
Pozostawały więc Polakom jedynie wolne zawody i nim mogli się poświęcać przedstawiciele inteligencji polskiej. Rodzin takich było w Hrubieszowie w omawianym okresie zaledwie kilkanaście.

30

Życie towarzyskie było niezmiernie słabo rozwinięte. Trzymano się i obwiedzano małymi kółkami, wobec różnych prowincjonalnych zadrażnieńdość niechętnie do siebie ustosunkowani.
Żadnych kulturalnych imprez w Hrubieszowie nie było. Raz na kilka lat dawała przedstawienie jakaś prowincjonalna trupa aktorska, równie rzadko pojawiał się przejezdny cyrk, niedopuszczalne były odczyty polskie.Kina nie były jeszcze znane, tym bardziej i radio. Dopiero zadaje się w 1904 r. podziwiałem po raz pierwszy kinematograf na wystawie rolniczej w Częstochowie. Muzykę można było uprawiać jedynie w domu. Także rodzice, gdy dzieci podrosły, nabyli pianino i młodsza siostra i ja, uczyliśmy się na nim grać, ale oboje nie mieliśmy w tym kierunku ani zamiłowania, aniczdolnosci. Nawet tak pospolite w prowincjonalnych ośrodkach karciarstwo, kwitły wśród inteligencji polskiej Hrubieszowa tylko w nielicznych kółkach.
Pozostała jedynie lektóra, ratując od duchownwego i intelektualnegozastoju. Trzeba stwierdzić, że w domach polskich w Hrubieszowieczytano sporo i interesowano się życiem kulturalnym i naukowym. Abonowano czasopisma fachowe i ogólne, kupowano książki. Dom rodziców był pod tym względem ja jednym z pierwszych miejsc w miasteczku. Rodzice prenumerowali stale wychodzącą w Warszawie "Gazetę Polską" i jeden lub dwa tygodniki: "Tygodnik Ilustrowany", "Wędrowiec" lub "Biesiadę Literacką" a dla podrastajacych dziewczynek "Wieczory Rodzinne". Było tych tygodników wtedy bardzo niewiele, ale były doskonale redagowane. Zamieszczano w nich poważne artykuły informujące o życiu kulturalnym i postępach naukowych na świecie, zawsze były odcinki beletrystyczne pióra najwybitniejszych naszych pisarzy: Prusa, Orzeszkowej, Sienkiewicza. W "Biesiadzie" umieszczał swe rysunki i dowcipy Kostrzewski, z "Tygodnika" dowiedzieliśmy sie o wynalazku promieni Roentgena, telegrafii bez drutu i tp.
Polityczne wiadomości były ograniczaną przez carską cenzurę prewencyjną i niewiele mówiły.
Rodzice poza tym kupowali wiele książek.Wychodziło wtedy szereg jubileuszowych wydawnictw beletrystycznych, jak komplety dzieł Mickewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej, wychodziła Biblioteka Dzieł Wyborczych, zawsze więc było dużo książek i dużo się czytało.

31

Ojciec miał zamiłowanie do dzieł hiostorycznych, to też wiele cennych wydawnictw, pięknie ilustrowanych, znajdowało się w szafie bibliotecznej rodziców.
Rozrywek i zaspakajania potrzeb higieny dostarczały spaceryi powszechnie lubiane kąpiele w Huczwie. Prawie w każdym ogrodzie stykającym się z rzeką była łazienka w postaci ogrodzenia z desek i schodów prowadzących do wody. Masowo kąpano się też na miejscach otwartych.
Wspominałem już, że Żydzi kąpali się naprzeciwko wąwozu koło cerkiewki św. Mikołaja. Dzieciarnia mieszczańska kąpała się wszędzie, choć były miejsca gdzie kąpano się licznie, jak wymienione już przy drodze na Sławęcin. Meżczyźnik kąpali sie zawsze nago. Kąpielówki nie były zupełnie w użyciu. Kobiety kąpały się w "łazieknkach" i do kąpieli używały specjalnych strojów, rodzaj koszul z falbankami i szerokie pantalony.
Poza tym, kwitło jako rozrywka niezorganizowane i bardzo dyletanckie rybołóstwo, którym zajmowała się dzieciarnia a zawodowo, paru rybaków.
Bardzo mało osób uprawiało w Hrubieszowie myślistwo. Poza paru urzędnikami powiatowymi i paru wojskowymi Rosjanami, wśród inteligencji polskiej jednym z niewielu nemrodów, którzy temu sportowi oddawali się z zamiłowaniem i znastwem, był dobry nasz znajomy, kierownik syndykatu rolniczego p. August Sroczyński.
Syndykat zaopatrywał przeważnie w nasiona i narzędzia rolnicze większe majątki ziemskie i p. Augustyn, mając doczynienia głównie z właścicielami lub dzierżawcami majątków rolnych, sam pozował na obywatela ziemskiego, odpowiednio sie ubierał, trzymał parę koni, furmana stroił tak, jak to było w dworskim zwyczaju, polował, lubił dobrze zjeść i nie gardził kieliszkiem. Był niewątpliwie dobrym handlowcem i solidnie prowadział przedsiębiorstwo. Do polowania miał pieknego krótkowłosego wyżła Asa, z którym często chodził na łąki za Huczwą, gdzie strzelał dublety, bekasy, kuligi, chruściele - derkacze, czasem wybierał się dalej na kuropatwy, przepiórki lub dzikie kaczki.
Bywał też zapraszany na polowania do dworów, na zające, lisy i dziki.
Liczni stosunkowo w Hrubieszowie lekarze Polacy: Krajewski, Łaniewski, Golakowski, Stecki, póżniej Szanecki, a poza tym lekarz pułkowy Rosjanin, i wreszcie póżniej jeden Żyd /nazwisk nie

32

pamiętam/, poza wspólnymi,rzadkimi zresztą konsyliami u ciężej chorych pacjętów, nie utrzymywali ze sobą stosunków towarzyskich. Więcej było kwsaów na tle zawodowym , niż współpracy.Przyczyną wzajemnych niechęci, byli najczęściej faktorzy. Niektórzy lekarze mieli bowiem zwyczaj opłacania Żydó stręczycieli, którzy zwłaszcza w dni jarmarków starali sie kierować chorych do lekarza przez którego byli opłacani. Zdarzało się, że chory szukajacy określonego lekarza, był wprowadzany w błąd i kierowany do innego,co wobec mało rozgarniętych i nieoriętujących się w stosunkach miejskich chłopów, nie było trudne. Faktorzy zachęcali pacjetów do odwiedzania swego lekarza, przedstawiali go jako jedynie znająceggo sia na chorobach a dyskredytowali innych.
Nie wszyscy lekarze kożystali z usłógstreczycieli. Mój ojciec uważał takie postępowanie za niegodne etyki lekarskiej i nigdy nie korzystał z usług faktorów. Miał też pretęsje do tych kolegów którzy odbijali mu pacjętów tą metodą. Rzecz naturalna, w tych warunakach o zażyłych stosunkach towarzyskich nie mogło być mowy.
Zawód adwokacki reprezentował w Hrubieszowie p. Adam Czerkawski, który dodaje nie posiadał ukończonych studiów uniwersyteckich, był jednak zdolnym prawnikiem i cieszył się znacznym powodzeniem zawodowym. Ożeniony był z dobrą znajomą mojej matki, choć znacznie od niej młodszą, panną Heleną Wyszyńską. Sam miał bardzo przenikliwe i sugerujące spojżenie, spiczastą mefistofelewską bródkę i nerwowe choć opanowane ruchy.
Inzynier powiatowy Krycki, mały brał udział w życiu hrubieszowskiej polonii, zajmował się swymi zawodowymi sprawami i żył dość odosobniony w swej bardzo pieknej posesji i w domu położonym w szpitalnej dzielnicy, przy drodze na Pobereżan. Czasem ponoć odbywały się u niego seanse karciane przy dośc wysokich stawkach, nawet z udziałem Rosjan.
Kierownik warsztató mechanicznych, p. Bodalski Kazimierz, nie utrzymywał stosunków z inteligencją hrubieszowską i uwarzał sie raczej za mechanika fachowca.Bardzo kulturalnym domem był dom Kiesewetterów. Pan domu, starszy emeryt, ksiegarz lubelski, osiadły na starość w Hrubieszowie miał piekną parcelęprzy ul. Pańskiej, schodząca aż do Huczwy. Przy ulicy stał murowany budynek Kasy Skarbowej a w tyle, jedną

33

oficyn zajmował właściciel. Państwo Kiesewetterowie mieli troje dorosłych dzieci: Wiktora - ksiągaża jak i ojciec, Władysława który był buchalterem i córkę Helenę. Panna Helena, tak zawsze ją nazywalismy, udzielała prywatnych lekcji polskiego, literatury i hiostoriipolskiej oraz pięknie rysowała. prywatne nauczanie bez odpowiednich kwalifikacji i rządowych egzaminów nie było dozwolone, to też i my, chodząc do niej na lekcjęzwracaliśmy uwagę, czy nie jesteśmy śledzeni przez policjanta lub żandarma.
Pan Kiesewetter malował olejne obrazy, m. in. ilustracje do trylogii Sienkiewicza, wypalał na drewnie oraz rzeźbił. Miał pracownie i czesto latem przesiadywał w niewielkiej hali, którą pobudował na stromym zboczu ogrodu i z której wiódł podziemny korytarz wycięty w lessowym terenie. chronił się tam w czasei upałów i miał skałd różnych przyborów. Z rodzina państwa Kiesewetterów, bardzo miłych i kulturalnych ludzi, rodzice utrzymywali dosc częste choć nieoficjalne stosunki towarzyskie.
Ksiezy katolickich było w Hrubieszowie dwu. Dziekanem, - najbardziej utrwalił mi się w pamięci, był ks. Adam Kwiatkowski. Gorliwy kapłan, bez zarzutu pod wzgledem moralnym, przejęty swą duszpasterską rolą, pełen inicjatywy, i dbałosci o sprawy kościoła, umiał pociagnąć społeczeństwo polskie do zorganizowanych czynów społecznych.
Tak więc zaagitowani przez niego mieszczanie poprawili drogę przez Przez podgórze na cmentarz, końcowy dojazd wysypując szutrem i obsadzając drzewami. Namówił i zaprosił panie z inteligencji do kwestowania w niedziele z tacą podczas mszy, wyręczając w ten sposó kościlenego. Dawało to w rezultacie wydatne zwiekszenie się ofiarności parafian. I moja matka, odznaczajaca się wielką poboznością, równierz kwestowała i cieszyła się, gdy udawało jej się uzbierać więcej aniżeli innym paniom. Przypisywała to swej uprzejmości i miłym podziekowaniom, jakie kierowała do ofiarodawców.
Ksiądz Kwiatkowski urządzał nauki dla dzieci idących do spowiedzi. Restaurował kościół, zakładając terakotową posadzkę, ufundował malowidła scienne w prezbiterium, w bocznej nawie kazał wyciac gotyckie okno i ozdobić je, ku zachwytowi parafian, kolorowymi szybkami. Na tle okna ustawił statuę Matki Boskiej. Zapewne nie wszystkie te przeróbki były konieczne i celowe i dziś są często krytykowane /porównają A. Wiatrowski - Dzijeje Hrubieszowa...s. 68, Hrubieszów 1957/, niemniej jednak świadczą o wielkiej gorliwości,

34

inicjatywie i energii działania.
Ksiądz Kwiatkowski pisał i wydawał drobne broszury umoralnijące w duchu religijnym. Przez innych księży uważany był za masona i nie był lubiany.
Drógim księdzem był wikary ks. grabowicz, zupełnie inny poziom charakteru i etyki. Był katechetą gimnazjalnym. Uczył nas wprawdzie religii po polsku wbrew zakazom, co na jego pochwałę stwierdzić należy, nie odznaczał sie jednak zbyt wysokim wykształceniem. Przekonywał mnie na lekcji i polecił uzyskać potwierdzenie ojca lekarza, że każdy meżczyzna ma z prawej strony o jedno żebro mniej, dla udowodnienia stwożenia Ewy z żebra Adama.
Był zgorszony gdy mu zakomunikowałem, że ojciec mój nie potwierdził jego informacji. Powszechnie był zanany jego romans z panną Lechówną. Ładna dziewczyna, pochodząca z niezamożnej hrubieszowskiej rodziny. Charakterystyczna byłą dla mentalności prowincjonalnego plebsu, że jej matka chlubiła się tym stosunkiem córki twierdząc, że to przez zazdrość inne panienki potępiają jej Marynię. Gdy w późniejszym czasie ksiądz grabowicz uległ wypadkowi o okaleczył ręce, gorliwi hrubieszowscy katolicy orzekli, że to kara boża za jego romans.
Kupców Polaków było w Hrubieszowie bardzo niewielu. Wymienić można na palcach rąk wszystkie nieliczne przedsiębiorstwa handlowe, prowadzone przez Polaków.
Był więc jeden pożądny handel kolonialny, połączony z pokojem do śniadań, prowadzony przez p.Wydrychiewicza, odznaczającego się zarówno inteligencją jak i pewną kulturą towarzyską.
Podobne aspiracje miał włąściciel sklepu galanteryjnego p. Cypryszewski.
Było parę jatek z uboju nierytualnego i masarni z wędlinami, dwa składy apteczne, p. Sieniewicza i p. Lecha. Apteka była również przez wiele lat w rękach bardzo kulturalnej rodziny państwa Du Chateau, z czasem powstała rządowa herbaciarnia dość porządnego rodzaju, felczer golibroda. Oto i wszystkie nieliczne zakłady handlowe i usługowe, pozostające wtedy w Hrubieszowie w rękach nieżydowskich.

 

   przepisał Andrzej Hojda    

 


 

dodane 11.styczeń.2006 - przepisali Alicja i Leszek Wiśniewscy

Część I /ciąg dalszy/ - Hrubieszów w latach 1892-1900.

Poza wymienionymi, mieszkało jeszcze w Hrubieszowie paru emerytów, parę ciotek opiekujących się bratankami uczęszczającymi do progimnazjum i to była cała inteligencka polonia hrubieszowska.
W takich warunkach życie toczyło się jednostajnie i skromnie, poświęcone pracowitym zabiegom o utrzymanie w egzystencji, urozmaicone jedynie kłopotami rodzinnymi i troskami pracy zawodowej. Kto chciał użyć wielkomiejskich uciech, wyjeżdżał do Lublina lub rzadziej do Warszawy, mało kto jednak mógł sobie na to pozwolić, chyba, że zmuszały go do tego interesy czy inne okoliczności.
Liczniejsi nieco niż polska inteligencja, byli urzędnicy Rosjanie. Hrubieszów jako miasto powiatowe, miał obsadę urzędu pocztowego, urzędu powiatowego, kasy skarbowej, ponadto magistratu itp.. Urzędnikami byli wyłącznie Rosjanie, Polaków bowiem na posady rządowe nie przyjmowano, chyba tylko na bardzo podrzędne stanowiska drobnych urzędników czy pisarzy w wypadku braku odpowiednich kandydatów Rosjan.
Znaczną grupę rosyjską tworzyło grono nauczycieli progimnazjum, kilku popów i wreszcie wojsko. W Hrubieszowie za mojej pamięci stacjonował na początku Butyrski pułk piechoty, później 20-ty Olwiopolski pułk dragonów. Pułkownikiem tych ostatnich był zrusyfikowany i ożeniony z Rosjanką Polak – Jagiełło, jedyny podobno w owym czasie w armii rosyjskiej kawaleryjski pułkownik Polak. Oficerami prawie wyłącznie byli Rosjanie, trzymali się ściśle swego grona i nawet z urzędnikami Rosjanami rzadko się kontaktowali. Pułk, poza defiladami i muzycznymi produkcjami orkiestry w czasie galówek przed cerkwią, w życiu kulturalnym miasta zupełnie nie brał udziału.
W dzieciństwie, wojsko zawsze mnie interesowało. Chętnie przyglądałem się ćwiczeniom fechtunku, wykonywanym zresztą pieszo przez oddziały dragonów na placu koło cerkwi. Zachwyt wywoływały szarże całych szwadronów na błoniach w Pobereżanach i tamże ćwiczenia konno w braniu skokiem przeszkód. Dragoni mieli konie rosłe, piękne lecz dość ogniste i złośliwe. Częste były wypadki czy to kopnięć, czy nawet ugryzień. Natomiast tabory pułkowe przy wjeździe pułku do Hrubieszowa składały się z olbrzymich wozów drabiniastych, wyładowanych skrzyniami i zaprzężonych w pary równie wielkich siwych długonogich wołów ukraińskich, które w Hrubieszowie wzbudziły sensację.
Polacy nie utrzymywali stosunków towarzyskich z Rosjanami. Jedynie tylko tych, którzy posiadali pewne funkcje oficjalne, jak lekarza powiatowego, inżyniera powiatowego, lekarza szpitalnego i równocześnie gimnazjalnego /obie te funkcje pełnił mój ojciec/ obowiązywało raz do roku składanie oficjalnych wizyt z życzeniami świątecznymi w okresie Wielkiej Nowy tym Rosjanom, z którymi ich łączyły stosunki służbowe. Również ci Polacy zmuszeni byli do zjawiania się w dni galowe na uroczystym nabożeństwie w soborze prawosławnym w odpowiednim mundurze urzędniczym, w czarnym tużurku, ze szpadą przy boku i w kapeluszu stosownym, tzw. „pierogu”.
Społeczeństwo polskie stroniło od Rosjan. Uważano ich za zaborców, za wrogi element, narzucony przez obcy i znienawidzony rząd. Zbyt świeże jeszcze były w pamięci starszego żyjącego pokolenia wspomnienia z powstania 1863r., pamięć o okropnościach wojny powstańczej, pamięć o konfiskatach majątków, zsyłkach na Sybir, o cierpieniach w katorgach, zbyt niedawne jeszcze prześladowania unitów, strzelanie do procesji w Krożach, zbyt aktualny ucisk rusyfikacyjny i systematyczne odsuwanie elementu polskiego od udziału w rządzie i administracji, ograniczenia życia kulturalnego Polaków, prześladowania za patriotyczne wystąpienia, by mogło być inaczej.
Jako zdradę narodową traktowano, rzadkie zresztą wypadki przejścia na prawosławie: ludzi takich nazywano „perekińczykami”.
Podobnie bojkotowano ludzi żeniących się z Rosjankami lub panny wychodzące za mąż za Rosjan; obowiązywał wtedy ślub w cerkwi prawosławnej. Podobnie źle widziane było przyjaźnienie się z Rosjanami i bywanie w ich domach. Na skutek takiego nastawienia, nie było współżycia Polaków z Rosjanami i każda z tych grup mieszkańców Hrubieszowa żyła zupełnie odrębnym życiem. Nie organizowano wspólnych zebrań czy zabaw i starano się bojkotować te, które Rosjanie w celach rusyfikacyjnych celowo urządzali, starając się przyciągnąć do nich jak najwięcej Polaków.
Mimo to jednak, zdarzały się wypadki ulegania jednostek o słabszych charakterach wpływom rusyfikacji, czy też ze względów matrymonialnych, czy dla kariery urzędniczej. To też rzadko zdarzały się u Rosjan nazwiska czysto polskie. W Hrubieszowie np. jak wspomniałem, pułkownikiem był Jagiełło. Chociaż ten podawał się za Polaka. Nauczycielem w szkółce ludowej był Kraszewski a popem przy cerkwi św. Mikołaja – Korzeniowski, którego nazwisko Rosjanie wymawiali Korżeniewskij.
Również zupełnie osobnym życiem żyli Żydzi, w 99% ortodoksyjni. Przejście na katolicyzm było u Żydów wypadkiem bardzo rzadkim i spotykało się z nieprzejednanym nienawistnym stosunkiem współwyznawców. W Hrubieszowie znałem jedyny wypadek, że u pań Jastrzębskich, prowadzących zakład kapeluszniczy, wychowywała się dziewczynka ochrzczona, a pochodząca z żydowskiej rodziny, Marynia Życka. Wychowawczynie ukrywały jej pochodzenie w tajemnicy.
Osobną kastą ludzi, o których należy wspomnieć, byli żebracy. Był w Hrubieszowie dom dla starców i kalek, który zamieszkiwali starsi, pozbawieni środków do życia wykolejeni ludzie. Rekrutowali się przeważnie spośród zubożałych mieszczan, najczęściej z pogorzelców. Stanowili w życiu Hrubieszowa stały element. Mieli powszechni uznany przywilej chodzenia w soboty grupami od domu do domu po prośbie, celem zbierania jałmużny. Dostawali zwyczajowo po groszu na osobę. W dniu tym przychodziło ich po pięcioro, siedmioro i więcej. Około 40 – 50 osób przewinęło się w ten sposób w przeciągu dnia. Gospodynie bardzo się gniewały, gdy żebracy przychodzili pojedynczo, gdyż było to zbyt absorbujące. Żebracy natomiast woleli chodzić po prośbie po jednemu, gdyż wtedy zwykle dostawali więcej. Nie zawsze były drobne groszówki. Obowiązani byli przychodzić „od kuchni”. Gdy ktoś nie chciał dać żebrakowi jałmużny, używał zwrotu: „Niech Pan Bóg opatrzy!”. Poza tym niektórzy żebracy przesiadywali pod kościołem lub w kruchcie kościelnej i tam żebrali, zwłaszcza w niedzielę i święta. Na wielką skalę było rozpowszechnione żebractwo po odpustach, po wsiach i przy klasztorach. Bywały wypadki, że dzieci własne lub częściej kradzione, żebracy okaleczali, by potwornością ich ciał wzbudzać litość i większe datki.
Interesujący obraz przedstawiały odbywające się w Hrubieszowie parę razy do roku jarmarki. Zjeżdżało się wtedy z okolicznych wsi mnóstwo chłopskich wózków, zaprzężonych w drobne koniki typu biłgorajskiego, na którego w kilkadziesiąt lat później zwrócił uwagę świata naukowego i hodowców prof. Tadeusz Vetulani. Były to drobne, wytrwałe koniki, często bułanej lub myszatej maści z pręgą wzdłuż grzbietu i poprzecznymi smugami u nasady nóg. Zaprzęgane były po jednym lub po dwa do wózków w tzw. szleje przy dyszlu. Hołobli, dugi ani chomątów chłopi nie używali. Wózki naładowane najróżniejszym towarem, przede wszystkim jednak rodziną chłopską, zatrzymywały się i obozowały jeden przy drugim na ulicy poprzecznej, od naszego domu począwszy, obok wąwozu idącego do Huczwy i na placu przed cerkwią św. Mikołaja w takiej masie, że trudno było poruszać się na tym terenie pomiędzy końmi i wozami. W czasie postoju konie bywały wyprzęgane i dostawały obrok i siano w drabinkach wozów.
Chłopi przywozili drób, nabiał, jagody, trochę zboża, czasem i prosiaka można było dostać a zaopatrywali się w wyroby przemysłowe w Mieście. Bywały także targi końskie, z typowym przeganianiem koni dla okazania ich zalet. Także we wszystkich urzędach w dnie jarmarczne, pełno było chłopów załatwiających różne sprawy. Straganów jarmarcznych ani też zwożenia na jarmark i rozkładania wyrobów drobnego przemysłu warsztatowego, jak garnki, sita, dewocjonalia lub pieczywo, w Hrubieszowie na jarmarkach nie bywało. To był zwyczaj praktykowany raczej na odpustach przy klasztorach wiejskich. Handel drobnicowy podczas jarmarków hrubieszowskich odbywał się jak zwykle w sutkach, był jedynie bardziej ożywiony.
Ogromną ruchliwość w dnie jarmarków przejawiali Żydzi, kręcąc się, pośrednicząc, faktorując, wykupując drób i nabiał. Wszędzie było pełno ich szwargotu i targowania się o każdych parę groszy. Także napływ chłopów do lekarzy bywał w dnie jarmarków liczniejszy niż zwykle. Często w dnie jarmarczne, zwłaszcza ku wieczorowi, przy zapijaniu litkupu, wybuchały bójki i nie raz posiniaczeni i pokrwawieni ich uczestnicy wyczekiwali na opatrunek w ganeczku lub sieni naszego mieszkania, służących za poczekalnię. Jarmarki wnosiły ogromne ożywienie w życie miasteczka. Jako malec lubiłem obserwować przejeżdżające furmanki i rysować konie stojące przy wózkach, jednakże tłumy jarmarczne, swym rozgardiaszem i gwarem, a także tarasujące ulice, utrudniając swobodne poruszanie się po nich, wytrącały nieco ze zwykłego trybu życia.
W dnie jarmarczne, także częściej widywało się zaprzęgi dworskie, bryczki, czasem powoziki, konie wtedy szły w półszorkach, bądź wołyńskie – pobrzękujące mosiężnymi blaszkami, ozdabiającymi uprzęż i zaprzęgnięte w poręcz po trzy, zwykle piękne, rosłe, dobrane maścią cuganty. Wszystko to kierowało się ku zajazdom w rynku. I tu w jarmark było ludniej i gwarniej niż codziennie.
Stosunki zdrowotne w Hrubieszowie nie przedstawiały się najlepiej. Mam książkę rachunkową ojca z lat 1896 – 1900, w której zapisywał on wszystkie wizyty pacjentów, ściślej: wszystkie wypadki chorób które leczył. Ponieważ nie było wtedy w Hrubieszowie lekarzy specjalistów, nawet dentysty, a każdy lekarz musiał leczyć wszystkie choroby i urazy z jakimi zgłaszali się pacjenci, więc wykaz tych chorób daje dość wierny obraz zdrowotności miasta. Zrobiłem zestawienie chorób leczonych przez ojca w roku 1896, który był pod tym względem rokiem mniej więcej przeciętnym dla tego okresu. Zestawienie to nie uwzględnia cięższych wypadków, leczonych w szpitalach i często wymagających operacji przy narkozie, jak amputacje, operacje wyrostka robaczkowego itp.. Nie było tego zbyt dużo, szpitale miały wtedy dość skromną ilość łóżek. Szpital dla chrześcijan obsługiwały wtedy dwie rosyjskie siostry szarytki, felczer, posługacz i obsługa kuchenna. Zestawienie porad przedstawia się następująco:
I. Choroby epidemiczne:
Typhus /dur/ 34
Disentheria /czerwonka/ 19
Scarlatina /płonica/ 8
Influenza /grypa/ 10
Anthrax /wąglik/ i Postula maligna /wąglik skóry/ 4
------------------------------------------------------------------
Razem 65

II. Choroby przewodu pokarmowego i gruczołów trawiennych
Diarrhoea /biegunka/ 77
Enteritis /zapalenie w przewodzie pokarmowym/ 10
Gastritis /gorączka gastryczna/ 8
Vomitis /torsje/ 6
Dispepsia /niestrawność/ 4
Gastralgia /dolegliwość żołądka/ 2
Ulcus ventriculi /wrzód żołądka/ 2
Peritonitis /zapalenie otrzewny/ 3
Hepatitis /zapalenie wątroby/ 4
Helmintitis /robaczyca/ 2
Obstructio alb. /obstrukcja/ 1
Prolapsus recti /wypadnięcie odbytnicy/ 1
Invonvulus /pochwienie/ 1
Ranula /śluzow. cysta podjęz./ 1
Hemorroides /hemoroidy/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 122

III. Choroby dróg oddechowych
Pneumonia crouposa /włókniste zapalenie płuc/ 40
Croup /dławiec, włókniste zapalenie tchawicy/ 5
Pneumonia catharralis /nieżyt zapalny płuc/ 5
Bronchopneumonia /odoskrzelowe zapalenie płuc/ 11
Phtisis pulmonum /gruźlica płuc/ 27
Pulmonorrhagia /krwawienie płuc/ 2
Oedema pulmon. /obrzęk płuc/ 1
Pseudocroup /zapalenie tchawicy/ 1
Bronchorrhoe /ropne zapalenie oskrzeli/ 1
Bronchitis /zapalenie oskrzeli/ 41
Laringitis /zapalenie krtani/ 7
Amygdalitis /zapalenie migdałów/ 4
Angina catharr. /angina/ 1
Tussis convulsion. /koklusz/ 1
Asthma /rozedma płuc/ 2
Spsmus glotitis /skurcz gardła/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 150

IV. Choroby serca i układu krążenia
Vitium cordia /niewydolność serca/ 3
Endomeritis /zapalenie wsierdzia/ 15
Cardialgia /chor. serca/ 4
Haemocardialgia /chor. serca/ 1
Adenitis /zapalenie naczyń krwionośnych/ 1
Atheroma /skleroza naczyń krwionośnych/ 4
Apoplexia /apopleksja/ 2
Ascites /wysięk do jamy brzusznej/ 1
Epistaxis /krwawienie z nosa/ 1
Lymphadenitis /zapalenie węzłów chłonnych/ 3
Haemophilia /krwawiączka/ 3
Palpitatio cardia /bicie serca/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 41

V. Choroby kobiece
Fluor albus /białe upławy/ 21
Mastitis /zapalenie gruczołu mlecznego/ 12
Partus /poród/ 10
Abortus /poronienie/ 14
Puerperium /okres poporodowy/ 3
Graviditas /ciąża/ 10
Exploratio uteri /badanie macicy/ 2
Metrorhagia /ropne zapalenie macicy/ 6
Uterus /choroby macicy/ 3
Ulcera Uteri /wrzody macicy/ 3
Oophoritas /zapalenie jajników/ 4
Menstruatio /period/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 89

VI. Choroby weneryczne i skórne
Siphilis /przymiot/ 22
Ulcus durus /wrzód pierwotny/ 2
R……….. /? rzeżączka/ 80
Uremia /mocznica/ 1
Strictura ost. ureti /zwężenie cewki moczowej/ 2
Hydrops genic. /wysięk z moszny/ 3
Erysypeles /róża/ 11
Egzema /wyprysk skórny/ 12
Psoriasis /łuszczyca/ 1
Herpes /grzybica skóry/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 135

VII. Choroby oczu i uszu
Blennorhoe /ropne zapalenie spojówek/ 8
Blepharitis / zapalenie spojówek/ 1
Conjuntivitis / zapalenie spojówek/ 2
Keratitis /zapalenie rogówek/ 4
Trachoma /zapalenie zakaźne oczu/ 1
Otites externa /zapalenie przewodu słuchu zewn./ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 17

VIII. Choroby jamy ustnej
Odontalgia /zapalenie ozębnej/ 17
Caries /próchnica zębów/ 8
Gingivitis /zapalenie dziąseł/ 2
Periostitis /zapalenie okostnej/ 2
Glossitis /zapalenie języka/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 30

IX. Nowotwory
Cancer /rak/ 4
Neoplasma /nowotwór/ 4
Sarkoma /mięsak/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 9

X. Choroby układu nerwowego
Histeriasis /histeria/ 7
Convulsium /konwulsja/ 1
Epilepsia /padaczka/ 1
Dementia /otępienie/ 1
Meningitis /zapalenie opon mózgowych/ 13
Senectus /uwiąd starczy/ 1
Simulatio /udawanie/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 25

XI. Zabiegi chirurgiczne, urazy, wrzody
Fractura /złamanie/ 24
Vulnus contusum, punctum, disrupt
/rany urazowe, kłute, darte/ 25
Contusiones /stłuczenia/ 4
Luxatio /zwichnięcia/ 1
Amputatio /amputacja/ 1
Gangrena /gangrena/ 1
Phlegmona /ropowica/ 1
Abscessus /czyrak/ 14
Ulcus /wrzód/ 4
Unguitis /zapalenie podpaznokciowe/ 2
Panaritium /zanokcica/ 3
Hernia /przepuklina/ 4
----------------------------------------------------------------
Razem 84

XII. Różne inne choroby
Nephritis /zapalenie nerek/ 12
Anaemia /anemia/ 13
Rheumatismus /gościec/ 7
Ischias /rwa kulszowa/ 3
Paralysis /porażenie/ 5
Rachitis /krzywica/ 4
Scrophulosis /zołzy/ 2
Cystitis /zapalenie pęcherza/ 12
Retentio urinae /zatrzymanie moczu/ 1
Febris /gorączka/ 5
Calculus urinae /kamień moczowy/ 2
Fistula vesic. lacrim. /przetoka pęcherza łzaw./ 1
Haemierania /potworność noworodka/ 2
Intexicatio /zatrucie/ 2
Congelatio /odmrożenie/ 1
----------------------------------------------------------------
Razem 72

Gdy uwzględnimy, że w tym czasie ordynowało w Hrubieszowie pięciu lekarzy i przyjmiemy, że mieli podobną frekwencję pacjentów jak mój ojciec, gdy pomnożymy liczby zestawień przez 5, to uzyskamy aproksymatywny obraz stanu zdrowotności Hrubieszowa w ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku. Hrubieszów liczył wtedy, jak wspomniałem, 10.000 mieszkańców.
Widzimy z tego, że zdrowotność Hrubieszowa nie przedstawiała się dobrze. Ogromne nasilenie chorób epidemicznych stale grasujących w Hrubieszowie, jak tyfus, krwawa desynteria, płonica oraz liczne choroby przewodu pokarmowego, tzw. „choroby niemytych rąk”, były niewątpliwie wynikiem niehigienicznego zaopatrzenia miasta w wodę do picia, czerpaną wprost z rzeki, zanieczyszczanej przez masową kąpiel ludności żydowskiej w bliskości miejsca skąd czerpano wodę do picia, czy to przez wspomniany zwyczaj topienia w rzece zbędnych zwierząt i wyrzucania odpadków, wreszcie brud i niechlujstwo najuboższych warstw mieszkańców.
Wybijające się również jako jedna z najliczniejszych grup choroby dróg oddechowych /gruźlica, zapalenie płuc, bronchity, anginy itp./, wynikały z nędzy niehigienicznych i źle opalanych mieszkań, zwłaszcza ludności żydowskiej, i z lichej, nie zabezpieczającej przed zimnem odzieży. Podobne źródło miały takie schorzenia jak anemia, krzywica, choroby oczu i skórne. Liczne były także wypadki chorób wenerycznych.
Okolice Hrubieszowa są piękne i zamożne. Grube warstwy urodzajnego lessu pokrywają lekko falisty teren. Na powierzchni wykształciła się warstwa ciemnego hrubieszowskiego czarnoziemu, dającego podstawę do uprawy pszenicy i buraków cukrowych. Pszenica wyrastała na wysokość człowieka. W okolicy były cztery cukrownie: Mircze i Poturzyn starsze położone na południe nieco dalej od Hrubieszowa, oraz dwie budowane za mojej pamięci jego najbliższej okolicy, w Nieledwi i Strzyżowie.
Inny przemysł fabryczny tak w Hrubieszowie jak i okolicy, nie istniał. Jedynie młyn parowy i gorzelnie dworskie zatrudniły pewną ilość robotników.
Dolina Huczwy z łąkami i torfowiskami dostarczała w obfitości traw i pastwisk dla hodowli koni i bydła. W najbliższej okolicy lasów było niewiele. Urodzajna hrubieszowska gleba nie zostawiała miejsca na ekstensywną formę gospodarki leśnej. Mieszany lasek liściasty koło młyna parowego w pobliżu Tatarskiej Góry oraz rzadka brzezinka przy drodze do Obrowca, to jedyne w owym czasie najbliższe Hrubieszowa laski.
W okolicy nie było dróg bitych. Szerokim traktem, okopywa¬nym rowami i wiodącym do kolei, do odległego o 40 wiorst Chełma, jeździło się w lecie przyjemnie. Koła konnych wozów biegły miękko po glince lessowej, dokuczał jedynie kurz. Na wiosny jednak i w porze jesiennych słot, podobnie jak ulice Hrubieszowa, trakt rozmiękał, gęste lepkie błoto obleciało koła powózek, w zagłębieniach terenu tworzyły się zdradliwe kałuże i bajora, w których często zaprzęgi grzęzły i z trudem można je było później wyciągnąć.
Czasem bajora zarzucano faszyną., co zwykle jeszcze bardziej utrudniało przejazd, powodowało powstawanie zdradliwych dziur i groziło wywróceniem wozu.
Cały ruch towarów sprowadzanych z najbliższej stacji ko¬lejowej w Chełmie, odbywał się tym gościńcem. Dopiero od Raciborowic była szosa. Duże, ciężkie żydowskie furgony, zaprzęgane w trzy lub cztery konie w poręcz, wyładowane wysoko skrzyniami przewoziły z Chełma materiały tekstylne, wyroby żelazne, szkło, narzędzia rolnicze i wszystkie inne towary.
W razie błota, trakt nieraz bywał nie do przebycia, wyjeż¬dżało sio wtedy przez rów przydrożny na obok leżące pola uprawne, objeżdżając w ten sposób bardziej błotniste odcinki drogi, nisz¬cząc przy tym szmat przydrożnych zasiewów.
Bywały nierzadkie wypadki, że uwięzionego w błocie furgonu, nie mogli woźnice wyciągnąć; wtedy sprowadzano lekkie chłopskie wózki ze wsi, przeładowywano towary a furgon po odjęciu drabin, orczyków i innych części, łatwo ulegających .kradzieży, pozostawiano na drodze aż do wyschnięcia kałuży i możności, odkopania wozu z wyschłej gliny.
Wielokrotnie odbywałem tę drogę ze szkół do domu w okresie ferii Bożego Narodzenia lub Wielkanocy, a więc w czasie najgor¬szych jesiennych lub wiosennych roztopów; nie raz wtedy widziałem pozostawione na drodze furgony.
Podobne żydowskie fur jeny utrzymywały ruch pasażerski. Zabierały 9 - 12 osób, zgniecionych na dwu lub trzech ze snopków słomy ubitych siedzeniach, nakrytych płachtami. Walizę lub kosze z rzeczami pasażerów, czasem nawet z tyłu furgonu, uzupełniały martyrologię jazdy. Podróż, do Chełma, w zależności od stanu drogi trwała od 7 do 10 godzin, czasem nawet dłużej.
Inne drogi w okolicy, to zwykłe, węższe lub szersze trakty polne, nazywane "polskimi dogami". Takimi jechało się do Obrowca, do .Dziekanowa, do Gródka nad Bugiem, odległego
o 4 km i tp.
Efektowny był w Gródku zjazd z lessowych wysoczyn do doliny Bugu przez głęboki, długi i wąski wąwóz, w którym dwa ekwipaże minąć się nie miały możności. To też przed wjazdem do wąwozu, bacznie zwracano uwagę, czy kto z dołu, z przeciwnej strony nie jedzie. Zwykle furman złaził z kozła i schodził nieco wąwozem, okrzykami ostrzegając zbliżających się z dołu o naszym wjeździe. Spotkanie się dwu pojazdów w wąwozie, wymagało wycofania tyłem jednego z nich. Podobny wąwóz był przy wjeździe do Grabowca.
Na drogach lessowych, w miejscach spadzistych zjazdów, przy ulewnych deszczach, woda wymywała płytkie pionowe wyrwy, tzw. "debry", stanowiące czysto poważną i nieoczekiwaną przesz¬kody w jeździe, i trzeba było bardzo uważać, by nie wywrócić wozu lub bryczki na debrze.
Wsie w okolicy były zamożne. Chłopskie gospodarstwa po kilka i kilkanaście mordów, liczne były także folwarki drobnych właścicieli lub częściej dzierżawców, liczące po kilkadziesiąt morgów, bądź wreszcie dalej od Hrubieszowa położone, obejmujące po kilka i kilkanaście tysięcy mordów własności obszarnicze, z najemną robocizną i fornalską nędzą w czworakach a z beztroskim i nieraz luksusowym dobrobytem wielkich właścicieli ziemskich, jak Pohoreckich, Podhorodeńskich, Wydżgów, Trepków, Horodeńskich, Milowiczów, Łobaczewskich, Kaczkowskich czy Grotthusów.
Wielka obszarnicza własność ziemska była wyłącznie w rękach polskich. Obywatelstwo ziemiańskie trzymało się osobno i z góry patrzyło na inteligencje miejską, z którą utrzymywało stosunki zwykle na tle spraw zawodowych..