|
Konstanty M.M. Stecki
P A
M I Ę T N I K I
Część II.
Hrubieszowskie progimnazjum.
Naukę rozpoczęła ze mną moja matka. Zapewne nie była zbyt dobrym
pedagogiem; sama nie kończyła żadnych szkół, to też uczyła po
swojemu, jak umiała. Trzeba więc było sylabizować i mozol¬nie
składać brzmienie wyrazów, Nie lubiłem książki i z przymusem
ślęczałem nad czytankami. Wolałem biegać po dziedzińcu i strugać
patyki. Ale jakoś czytać się nauczyłem.
Matka uczyła mnie także katechizmu i historii świętej: o stworzeniu
świata, o Adamie i Ewie, o Noem i potopie, o wędrówkach Żydów.
Uczyła mnie także tabliczki mnożenia i początków rachun¬ków. Później
chodziłem na lekcji historii Polski do pani Sroczyńskiej a następnie
do panny Heleny Kiesewetter.
Wreszcie przyszedł czas, kiedy trzeba było pomyśleć o odda¬niu mnie
do szkoły średniej i nauczeniu języka rosyjskiego.
Szkoły średnie męskie w ówczesnym .Królestwie Polskim, czy jak
brzmiała oficjalna nazwa - w "Prywislinskim kraju", były tylko
rosyjskie i od wstępujących wymagano pewnej znajomości te¬go języka.
Zaangażowali więc rodzice nauczyciela sąsiedniej szkoły początkowej,
Rosjanina - p. Kraszewskiego, by nauczył mnie początków języka
rosyjskiego i arytmetyki tyle, ile wyma¬gano przy przyjęciu do klasy
wstępnej.
Pan Kraszewski uczył w szkole znajdującej się blisko nasze¬go domu,
tak, że z okien sypialnego pokoju lub z galerii nie raz przyglądałem
się, jak chłopcy ze szkoły ćwiczyli, musztry na dziedzińcu szkolnym
i ustawieni w dwa szeregi odliczali: pierwszy, drugi, pierwszy,
drugi i td. by po tym na komendę, podwoić szeregi. Bardzo mnie
bawiło, gdy wykonywali szwedzką gim¬nastykę, wyrzucając ramiona.
Słowa rosyjskiej komendy do dziś tkwią w mojej pamięci: "w pierod, w
storony, w wierch:, w niz!".
Nauczyciel Kraszewski, wysoki, szczupły i nerwowy pan o ru¬dej
zaczesanej w górę czuprynie i czerwono - białej cerze, mógł mieć ok.
40 lat, nie odznaczał ale zbytnią cierpliwością i wprawdzie "łap" mi
linię nie dawał, jak to często praktykował w swojej szkole, ale
niecierpliwił się, denerwował i załamywał ręce, gdy nauka nie szła
mi należycie.
Jednakże okazał się niezłym pedagogiem, gdyż do klasy miejscowego
progimnazjum zdałem i zostałem przyjęty.
Uczył mnie jeszcze cały rok, przerabiając program klasy wstępnej.
Do klasy pierwszej zdałem również i zostałem przyjęty oraz zaliczony
w poczet uczniów "Grubieszowskoj Mużskoj Progimnazji”. Działo się to
w 1895 r. Do klasy pierwszej przyjmowano chłopców po ukończeniu
10-ciu lat i w tymże wieku ja zostałem uczniem klasy pierwszej.
Szkolnictwo średnie - jak wspomniałem - było państwowe. Uczono w
języku rosyjskim, przeważały 8-mio klasowe gimnazja filologiczne,
które były we wszystkich dziesięciu gubernialnych i większych
powiatowych miastach, jak w Łodzi, Częstochowie, Białej Podlaskiej i
tp.
W mniejszych, miastach, jak w Hrubieszowie, Zamościu lub Mariampolu,
były czteroklasowe progimnazja.
Poza tym, w większych ośrodkach przemysłowych, jak w Warszawie,
Łodzi, Radomiu, organizowano średnie szkoły przemysłowe i handlowe,
bez łaciny i greki.
W gimnazjach filologicznych, czyli jak .mówiono klasycznych uczono w
pierwszej klasie języka rosyjskiego, arytmetyki, geografii, łaciny,
rysunków, kaligrafii, religii i gimnastyki. Lekcje zaczynały się o
godz. 9-tej, po trzech godzinach nauki, o godz. 12 była półgodzinna
przerwa, czyli jak mówiliśmy "duża przemiana" /z rosyjskiego: "pieremiena"
-, zmiana/, po czym odbywała się jeszcze jedna lub dwie lekcje. O
godz. 1.30 lub 2.30 szło się do domu na obiad.
W klasie trzeciej przybywała historia Rosji, język grecki i do
wyboru niemiecki lub francuski, w czwartej algebra i geometria. W
klasach wyższych przerabiano ponadto: w 6-tej i 7-mej kosmografię i
logikę, fizykę /biologii i chemii nie uczono zupełnie/ i
trygonometrię, w 8-mej – kosmografię i logikę.
Język rosyjski był we wszystkich klasach, uczono sukce¬sywnie:
gramatyki, składni i literatury. Programy były dość skromne: nie
było np. matematyki wyższej, ani różniczek, ani całek, ale uczono
nie najgorzej, wymagania były spore, i to czego nauczono w
gimnazjum, umieliśmy nieźle.
Skład grona profesorskiego bywał bardzo niejednolity. Wśród młodych
nauczycieli, zwłaszcza pochodzących z głębi Rosji zdarzali się
doskonali pedagodzy, ludzie kulturalni i wykształ¬ceni, z
zamiłowaniem traktujący swój zawód, sprawiedliwi i wzbu¬dzający u
młodzieży szacunek.
Takim był w Hrubieszowie matematyk, Neapolitański, ze star¬szych,
surowy ale bardzo sumienny Piotr Kononczuk, takim był w Siedlcach,
łacinnik Sołowiow, też matematyk, Niemiec z pochodze¬nia - Hund i
paru innych.
Byli jednakże inni, znienawidzeni za swą rusyfikatorską lub
szpiclowsko – donosicielską działalność, tzw. „diejatiele” czyli
działaczy rusyfikatorzy, jak inspektor w Siedlcach Lwotow, lub w
Łodzi matematyk i Ogijewicz albo nauczyciel klasy wstępnej Pietrow,
będący równocześnie tzw. pomocnikiem klasowego gospodarza, a więc z
urzędu pełniący funkcje wychowawczo – policyjne.
Bywali wreszcie w prowincjonalnych ośrodkach, takich jak Hrubieszów,
nauczyciele, zupełnie nie nadający się do tej roli, nie posiadający
kwalifikacji ani pedagogicznych ani naukowych, jak np. p. Szołomycki
uczący w Hrubieszowie, ale o nim opowiem niżej.
Na posady do szkół w Królestwie, na wiecznie znajdujące się w stanie
fermentu ziemie polskie, stanowiące obce narodo¬wościowo kresy
imperium carskiego, chętnie ściągali działacze carskiej
wynaradawiającej polityki, kuszeni lepiej płatnymi ani¬żeli w głębi
ilości posadami; stąd wynikały częste konflikty między szkołą i
młodzieżą i niemal stały stosunek niechęci i wrogiego nastawienia
uczniów do nauczycielstwa. Młodzież wyczuwała obcość szkoły
rosyjskiej.
Hrubieszowskie progimnazjum mieściło się w budynku poklasztornym
kościoła parafialnego, jedynego katolickiego jaki wtedy w
Hrubieszowie istniał. Wewnątrz, trzeba przyznać, panował ład i
porządek. Klasy szkolne były corocznie w czasie ferii letnich
odczyszczone i odmalowane.
Szkoła ta jednak różnymi czasy, różną cieszyła się opinią. Ponoć w
latach poprzedzających moje do niej wstąpienie, nauka była bardzo
źle prowadzona i nawet zakwestionowaną była sprawa respektowania
wydawanych świadectw przy przyjmowaniu do klasy piątej w innych
gimnazjach, jednakże w r.1895 stosunki bardzo się poprawiły i szereg
nauczycieli starało się podnieść poziom nau¬czania i zaostrzyć
wymagania.
Grono profesorskie było bardzo niejednolite. Uczyli wy¬łącznie
Rosjanie a jedynym Polakiem należącym do grona pedagogicz¬nego, był
katecheta, uczący religii ksiądz Grabowicz.
Języka polskiego nie uczono zupełnie i w hrubieszowskim progimnazjum
nie wolno było mówić po polsku nawet uczniom pomię¬dzy sobą.
Na czele progimnazjum stał inspektor. Wszyscy nauczyciele chodzili w
mundurach. Były to ciemne, granatowo - zielone fraki, ze złotymi
guzikami ozdobionymi dwugłowym orłem i takież kamizelki. Czapki
kroju angielskiego z owalnym boczkiem nad daszkiem.. Palta, noszono
różne; albo kroju wojskowego, szynele, albo cywilne. Niektórzy
nauczyciele chodzili po ulicy bez mundurów, po cywil¬nemu. W parę
lat później zmieniono krój mundurów nauczycielskich na typ tużurka z
długimi połami i złotymi kwadratowymi epoletami, z zielonym
aksamitnym tłem i cyfrą Mikołaja II, mianowicie: M II.
Uczniowie na co dzień nosili czapki sukienne bluzki zapinane z
przodu na ukryte guziki lub haftki, ze stojącym kołnierzem,
przepasane szerokim rzemiennym paskiem z kwadratową gładką
meta¬lowej klamrą z przodu. Spodnie czarne, długie. Latem bluzki
mo¬gły być płócienne białe lub szare, alpakowe. Na święta i
uroczystości przeznaczone były granatowe mundury z długimi połami, z
kołnie¬rzem obszytym srebrnym galonem, zapinane na 9 gładkich
srebrnych guzików. Ilość guzików odpowiadała ilości liter, w imieniu
carowej Katarzyny. Ja zresztą, takiego munduru aż do klasy piątej
nie miałem.
Obowiązkowo należało pod bluzką na szyi nosić zamiast krawata tzw.
halsztuk, zapinany z tyłu; przyszyty z przodu gładki odcinek materii
zakrywał piersi.
W zimie obowiązywały szynele jasno szaroniebieskie, z patką z tyłu i
dwoma szeregami guzików z przodu, takich jak u mundurów.
Do kompletu umundurowania należał tornister na książki tzw. z
rosyjska "raniec", który należało mieć zapięty na dwu rzemykach na
obu ramionach po bokach.
Czapki kroju wojskowego ciemno - granatowe z białymi wypustkami i
skórzanym daszkiem. Z przodu do otoku przypinało się srebrną palemkę
ze stylizowanych liści dębowych, pomiędzy którymi widniały dwie
litery, inicjały nazwy szkoły, w danym wypadku "GP" czyli "Grubieszowskaja
progimnazja".
W zimie nosiliśmy, podobnie jak wszyscy rosyjscy wojskowi, baszłyki,
tj. rodzaj kaptura szytego z grubej i miękkiej tkaniny koloru
brązowego, z długimi końcami wiązanymi dookoła szyi.
Baszłyki były zakładane na głowę lub zwykle podwinięte,
zabezpieczały tylko uszy i szyję i świetnie chroniły w czasie
zadymki lub mrozu.
Inspektorem hrubieszowskiego progimnazjum był w owym czasie p.
Tankiel, spokojny i przyzwoity człowiek, pochodził z unickiej
rodziny i do Polaków odnosił się sprawiedliwie. Posiadał dorosłą
córkę znaną z wdzięku i niepospolitej urody. Tak się składało - że w
moich klasach nie uczył.
Początków łaciny uczył nas Iwan Iwanowicz Bec, opasły grubas, był
naszym klasowym gospodarzem w klasie I. Więcej zdaje się
interesowały go butelki dobrego wina, niż nauczanie i uczniowie. Na
Wielkanoc był zwyczaj, stale obserwowany przez Rosjan, że wszyscy
urzędnicy, z zachowaniem kolejności zależnej od rangi, tzw. "czyna",
składali sobie nawzajem wizyty świąteczne. Ponieważ ojciec mój był
lekarzem szpitalnym i szkolnym, co było traktowano jako pewien
urząd, więc raz na rok na Wielkanoc, musiał sam skła¬dać wizyty
władzom powiatowym i szkolnym i odbierać ich wizyty. Najczęściej
owych gości, a były to jedyne dni gdy w naszym domu bywali Rosjanie,
przyjmowała matka, gdyż ojciec albo sam składał wizyty, albo
odwiedzał chorych. Otóż zawsze ilekroć przychodził p. Bec lub
nauczyciel rosyjskiego Kołokołow, a w następnych lutach następca
Beca prof. Grigoriew, matka stawiała tylko pół butelki wina, wiedząc
z góry, że dotąd nie wyjdą obaj pedagodzy z domu, dokąd nie wysuszą,
butelki do dna. Z reguły nie bywała to już ich pierwsza wizyta w tak
uroczystym dniu; przychodzili już dobrze "pod gazem" i nie byli mile
widzianymi gośćmi.
Raz nawet, jak opowiadała matka, Kołokołow i Grigoriew święcili w
naszym domu Wielkanoc na czworakach i trudno było ich pozbyć się:
upominali się uporczywie o jeszcze jedną i to pełną butelkę wina.
Wspomniany nauczyciel Kołokołow, był oryginalną postacią o znacznej
i silnej indywidualności i z tego wzglądu warto mu po¬święcić kilka
słów.
Wysoki, tęgi, prawie otyły mężczyzna, grubej budowy, brunet z czarną
przyrzedzoną już czupryną, z szeroką, takąż brodą i wąsami, o
śniadej i tłustej cerze, pełnej nalanej twarzy i niskim pofałdowanym
czole, mięsistych wargach, miał niewielkie ciemne oczy o
przenikliwym spojrzeniu. Również ręce miał ogromne, mięsiste, o
szerokich krótkich paznokciach nigdy nie czyszczonych i stale z
czarną obwódką. Gdy był w złym humorze i nasępił swą twarz, a było
tak zawsze gdy był pod wpływem alkoholu, szerzył postrach wśród
uczniów i sypał dwójkami za najdrobniejsze uchy¬bienie. W klasie
było wtedy cicho jak makiem zasiał i wszyscy drżeliśmy przed nim.
Kiedy indziej potrafił być wesoły, żartował, śmiał się i
dowcipkował. Umiał też wzbudzić zainteresowanie tema¬tem lekcji,
opowiadaniem lub deklamowanym wierszem. W gruncie rzeczy był niezłym
pedagogiem i wszystkich uczni jednakowo trak¬tował.
Mundur miał zawsze brudny i zaplamiony. Gdy mu kiedyś pod¬czas
lekcji krew poszła z nosa, kazał zdejmować wiszące na ścianie
obrazy, zbierać pajęczyny z kurzem i tym tamował sobie krwotok..
Dzięki swym żartom, był nawet coś ć lubiany przez uczniów.
W jakieś święto sprosił do siebie malców z pierwszej i dru¬giej
klasy, położył się na podłodze i kazał im całą gromadą wleźć na
siebie. Wtedy nagle podniósł się i całe bractwo jak gruszki posypało
się z jego ogromnego cielska, ku ogólnej radości wszys¬tkich
uczestników.
Imię miał Fiodor i kazał nazywać się rosyjskim zwyczajem Fiodor
Fiodorowicz a że jego syn miał również na imię Fiodor, więc
nazywaliśmy tego chłopca Fiodorem w kubie, tj. w trzeciej potędze.
Mnie, że miałem na imię tak jak mój ojciec, nazywano Kon¬stantym w
kwadracie.
Kołokołow potrafił być jednak po pijanemu awanturnikiem.
Gdy po łagodnym Tonklu, inspektorem został trzeźwy, wymagający
służbista Afanasjew, doszło .miedzy nimi do konfliktu pewne na tle
pijaństwa Kołokołowa. W pewnym momencie pijany Kołokołow wpadł z
rewolwerem w ręku do mieszkania Afanasjewa i zastawszy tam żonę
inspektora, wygrażał, że zastrzeli jej męża. Chorowita i nerwowa
pani inspektorowa, wystraszywszy się, dostała ataku serca. Skończło
się tym, że Kołokołowa przeniesiono do Kielc do tamtejszego
gimnazjum.
Mało sympatycznym typem był następca Beca, łacinnik Grigoriew. Blady
o chorowitej cerze, z żółtą bródką, wiecznie skrzywiony, jak mówiłem
już, notoryczny alkoholik, wyraźnie niesprawiedliwie i niejednolicie
traktował swych wychowanków, co dzieciarnia szybko spostrzegła i za
co go nie lubiła. Zapewne brał łapówki, ewentualnie w formie dawania
słabym uczniom lekcji i z tego powodu niejednakowo ich traktował. O
jego stronniczości mo¬głem się, sam przekonać. W pierwszej i drugiej
klasie u Beca sta¬łem z łaciny możliwie. Bardzo intensywnie pilnował
mojej nauki łaciny mój ojciec, który wpisywał mi koniugacje
łacińskie i kontrolował ich wyuczenie się. Choć do języków nie
miałem nigdy większych zdolności, jednak przy pomocy ojca jakoś
sobie z łaciną radziłem. Gdy przyszedł w trzeciej klasie Grigoriew,
ku swemu na¬wet zaskoczeniu, zacząłem obrywać dwójki. Sprawa
przejścia do na¬stępnej klasy zaczęła wyglądać niepewnie. W trakcie
tego zachoro¬wał synek Grigoriewa i to dość poważnie. Ojciec, jako
lekarz gimnazjalny leczył go; dziecko udało się uratować i
doprowadzić do zdrowia. Moja umiejętność łaciny odrazu podskoczyła
na czwórki. Przed końcem roku, przed egzaminem pisemnym z łaciny,
Grigoriew kazał mnie i jeszcze dwom czy trzem uczniom przyjść do
siebie i podyktował nam dla wprawy tłumaczenie z rosyjskiego na
łacinę. Sądziliśmy że będą to zwroty i zdania podobne składnią do
tych, jakie zadadzą nam na egzaminie. Ze zdziwieniem przekonaliśmy
się że częściowo były to te same zdania. Do dziś pamiętam pierwsze z
nich na accusativus cum infinitivo i zaczynające się na cum: "Cum
magna cum celeritate ferrerja, putas te in eodem loco stare et omnia
loca cirsumiacentia ferrero". Oczywiście napisaliśmy extemporalia
dobrze. Z tego powodu mieli nawet moi rodzice pewne przykrości, gdyż
państwo Sroczyńscy, których syn Januszek, był w tejże klasie co ja,
dowiedzieli się o przygotowanym dyktandzie i mieli wielką pretensję
do moich rodziców, że nie poinformowali ich o tym i nie ułatwili
Januszkowi zdawania egzaminu.
Osobliwym, wprost groteskowym typem, był nauczyciel mate¬matyki p.
Anton Szołomycki. Był to już starszy pan, mający około 60 lub więcej
lat z dobrze zaokrąglonym brzuszkiem, na cienkich nóżkach i o
starczym wyglądzie. Twarz źle ogolona, bez wąsów i bez brody,
okrągła jak u kota z zaczerwienionymi powiekami i wąskimi sinymi
wargami. Wiecznie się złościł i irytował. Manią jego było ciągłe
gderanie i strofowanie uczniów, tak że większa część lekcji
schodziła na burczeniu i dogadywaniu uczniom. Przy tym, jego uwagi
na początku lekcji, kłóciły się bardzo często z uwagami pod koniec
lekcji. Ulubionym jego zwrotem było: jak nie zobaczysz własnych
uszu, tak i drugiej klasy nie zobaczysz" /"kak tiebie twoich uszej
nie widat, tak tiebie i wtorowo kłassa nie widat"/. Gdy słabym
uczniem okazywał się jakiś pieszczoch rodziców, to Szołomycki
stawiał siebie jako przykład i zapewniał: „mnie rodzice co dzień
rózgami siekli i dlatego wyrosłem na rozumnego człowieka, a ty co?
Ciebie mamieńka co dzień pieści, psuje, dogadza ci i co z ciebie
wyrośnie? Mamin synek! Nigdy nic porządnego z ciebie nie będzie".
Czynił przy tym złośliwe miny i odpowiednio gestykulował.
Gdy jednak dostawał się pod jego krytykę urwis, łobuz lub leniuch,
dowiadywał się wtedy, że Szołomyckiego jako chłopca nikt palcem nie
dotknął, bo zawsze był posłuszny i uczył się celująco, a delikwent,
choćby go co dzień tłuc i siec, to i tak nic dobrego z niego
nie wyrośnie.
Raz, gdy byłem w pierwszej czy drugiej klasie, a obok mnie na ulicy
przechodził Szołomycki, strzeliła mi do głowy fan¬tazja i zamiast
przepisowo ukłonić się czapką, stanąłem na baczność i zasalutowałem
po wojskowemu. Ileż ja się po tym nasłucha¬łem od niego kpin i
wymówek!
Pochodził z unickiej rodziny i gdy był w polskim towarzystwie,
rozmawiał po polsku i nawet potrafił dc znajomej pani powie¬dzieć:
"My, Polacy". Przy Rosjanach nigdy słowem po polsku się nie odezwał.
W domu z żoną rozmawiał czasem po polsku, czasem po rosyjsku.
Zamęczał ją również swym gderaniem i marudzeniem. Gdy zachorował i
musiał leżeć w łóżku, był nieznośny. Często w nocy nie mogąc spać
monologował i użalał się nad sobą:
- Biedny ty, biedny, panie Szołomycki! Nikt ciebie nie lubi, nikt o
ciebie nic dba! Leżysz jak ten pies, jak Łazarz, niema komu podać ci
szklanki wody!". A gdy dobra i troskliwa żona przybiegała i pytała:
-Anton! Może ci co trzeba, może ci poprawić poduszki, może podać
wody?”, wtedy Szołomycki odprawiał ją i gderał, że go tylko nudzi i
spać nie daje. Wymęczona jego dziwactwami niewiasta poskarżyła się
memu ojcu, który leczył Szołomyckiego i prosiła o radę. Ojciec
poradził jej by wynajęła młodego Żydka faktora który by siedział
przy nim i wysłuchiwał wszystkich narzekań. Tak się też stało i pani
Szołomycka miała względny spokój.
Co do jego kwalifikacji pedagogicznych, powszechnie znany był fakt
uzyskania przez Szołomyckiego nominacji na nauczyciela
progimnazjalnego w ten sposób, że kiedyś pożyczył on wysokiemu
urzędnikowi w kuratorium szkolnym większą kwotę pieniędzy i ten
zamiast mu zwrócić dług, dał posadę nauczyciela w progimnazjum.
W klasie czwartej algebry i geometrii uczył nowo przybyły młody
nauczyciel Neapolitański, bardzo spokojny, poważny, sprawiedliwy i
dobry pedagog.
Łaciny i greckiego uczył w trzeciej i czwartej klasie Piotr
Nazarewicz Kononczuk. Był to poważny w średnim wieku pan,
przeciwstawienie Szołomyckiego. Starannie ogolony, łysawy, o matowej
cerze, zawsze skupiony i poważny, drobiazgowo sumienny i
sprawiedliwy, był jednak ogromnie surowym i wymagającym i baliśmy
się go wszyscy. Miał swą metodę pytania i stawiania stopni. W czasie
odpowiedzi ucznia trzymał w ręku notesik i ołówek i notował ilość
popełnionych błędów. Wiadomo było, że za cztery omyłki gramatyczne
będzie stopień niedostateczny, za mniejszą ilość, odpowiednio
lepszy. Ten sam system stosował przy ocenie wypracowań pisemnych.
Nigdy nie zapomnę zdenerwowania w czasie pisemnych klasowych zadań,
tzw. ekstemporalii, gdy trzeba było w ciągu godziny przetłumaczyć
kilka zdań z rosyjskiego na grecki, którego nigdy dobrze opanować
nie mogłem. Gdy zdawało mi się, zatopionemu w arkanach greckich
reguł gramatycznych i stylistycznych, że lekcja dopiero się
rozpoczęła i udało mi się przetłumaczyć zaledwie jedno czy dwa
zdania, gdy tymczasem dzwonek zwiastował koniec godziny i fatalność
nieukończonego wypracowania. Stan nerwów stawał się nieznośny i
przejawiał się gwałtownym naciskiem w pęcherzu. Nie pomagały żadne
próby i zeszyt trzeba było oddać z pełną świadomością
niedostatecznego wyniku. Kolejność przepytywania uczniów i kwartalny
stopień były u Kononczuka zawsze systematycznie przeprowadzane i
obliczane.
Mimo szerzonego postrachu cieszył się jednak szacunkiem dzięki swej
sumienności i drobiazgowej sprawiedliwości.
Kononczuk był małomówny, zapewne dlatego, że się nieco jąkał. Gdy
się w mowie zaciął, twórz drgała mu nerwowo. W zimie przychodził
stale ze swą żoną na publiczną ślizgawką i spokojnie, statecznie
ślizgał się z nią razem.
Na ślizgawkę przychodziło także wielu uczniaków, wśród których
kursował złośliwy wierszyk, przyrównujący go do pająka: "Maleńkij,
tołstienkij kak pauk, Piotr Nazarewicz Kononczuk”, choć ani tak
bardzo małym, ani też grubym nie był.
W ostatnich latach mego pobytu w progimnazjum hrubieszowskim przybył
do szkoły brat Kononczuka, Aleksander Nazarewicz, również filolog,
ale ani tak systematyczny, ani sprawiedliwy jak brat nie był. Był
kawalerem i odznaczał się nienaganną elegancją.
Mało z nim miałem do czynienia.
W pierwszej i drugiej klasie uczono nas kaligrafii i rysunków.
Nauczycielem był Zinowij Pietrowicz Gregorowicz, nieco zabawna
postać. Drobny, szczupły, nerwowo ruchliwy, o niskim czole, grubym
nosie, artystycznie zaczesanych do tyłu włosach, o ostrej bródce
którą wciąż nerwowo kręcił, był małomówny a z uczniami prawie wcale
nie wdawał się w rozmowy. Nosił wielki czarny krawat, uwiązany w
artystyczny węzeł. Wzór kredą rysował w klasie na tablicy, który
myśmy przerysowywali na kartkach pa¬pieru. Po wypisaniu wzoru
kaligrafii, środkowym przejściem. biegał po klasie, miedzy
uczniowskimi ławkami, zacierał ręce, kręcił bródką i uśmiechał się
do siebie, czasem coś mamrocząc. Dbał pilnie by uczniowie siedzieli
cicho, nie rozmawiali i zajęci byli swoją pracą. Gdy ktoś się kręcił
lub rozmawiał, wtedy pan Gregorowicz przechodząc klasę od tyłu ku
przodowi, nie przerywając swej bieganiny, wymierzał siedzącym przy
przejściu uczniom klapsy w tył głowy, jak się mówiło "dawał im w
podzatyłok" i przywracał w ten sposób spokój w klasie.
Najczęściej nie odzywał się przy tym i nie przerywał marszu czasem
syknął tylko przez zęby: "ciszej! ciszej!". Ja cieszyłem się u niego
względami, gdyż byłem jednym z lepszych rysowników w klasie a nie
wykluczone, że i stanowisko ojca w szkole odgrywało też pewną rolę.
W każdym razie w "podzatyłok" nigdy, od niego nie dostałem, a może
także dlatego, że nie siedziałem przy przejściu.
Katechetą był ksiądz Grabowicz, młody wikary hrubieszowski. Żadna
indywidualność. Traktował nas dość pobłażliwie i chętnie uczyliśmy
się liturgii, katechizmu i historii świętej, gdyż był on jedynym
Polakiem wśród nauczycieli i jedynie na jego lekcjach mówiło się po
polsku, choć oficjalnie lekcje religii miały się odbywać w języku
rosyjskim. Podręczniki do religii były też rosyjskie. O jego wiedzy
i romantycznych przygodach mówiłem już poprzed¬nio.
Wśród hrubieszowskich nauczycieli wybitną indywidualnością był
inspektor Afanasjew, który objął to stanowisko po ustąpieniu Tonkla.
Dość drobnej postaci, o dobrze utrzymanej siwiejącej brodzie i żywym
inteligentnym wyrazie twarzy, był istotnie człowiekiem o
nieprzeciętnej inteligencji, trzeźwym i gorliwie spełnia¬jącym swe
obowiązki. Był jednak służbistą, postępował w sposób kategoryczny i
zdecydowany, był wymagający w stosunku do siebie i innych. Wzbudził
postrach wśród kupiectwa hrubieszowskiego, gdyż znał się doskonale
na jakości towarów dostarczanych dla szkoły i na wartości oraz
cenach wykonywanych robót. Nie sposób było mu podsunąć towar zły lub
zbyt drogo policzyć za pracę, co przy rządo¬wych zamówieniach było
często praktykowane. Uważał zdaje się jednak, że spełnia wśród
społeczeństwa polskiego misję rusyfikacyjną, lubił rozpoczynać
dyskusje polityczne i udowadniać katastrofalne skutki powstań
polskich, wykazując co raz gorszą, po każdym z nich sytuacją
polityczną społeczeństwa polskiego pod zaborem rosyjskim.
Nas w trzeciej klasie uczył historii Rosji i kiedyś przy końcu roku,
gdy nie trzymały mi się w głowie daty historyczne, kazał mi przyjść
w niedzielę po nabożeństwie do klasy i zapowiedział, że nie puści
mnie do domu, dopóki nie nauczę się tych dat. Po dwu czy trzech
pytaniach zakończonych niefortunnym rezultatem i płaczem delikwenta,
poszedłem koło trzeciej do domu z obietnicą dwójki przy końcowej
klasyfikacji. Skończyło się bodajże tym, że akurat po tych próbach
zachorowałem na odrę i jednak dostałem promocją do klasy czwartej.
Tak się przedstawiał personel nauczycielski.
Wiele interesujących szczegółów charakteryzuje życie ucz¬niowskie. W
hrubieszowskim progimnazjum w klasach pierwszej i drugiej, była to
jeszcze dzieciarnia, ale w klasach, trzeciej i czwartej, spotykało
się wielu znacznie starszych chłopców 16-to i 18-to letnich a nawet
starszych.
W prowincjonalnych bowiem stosunkach, wielu chłopców było słabo
przygotowanych, źle się uczyło, częste były powtarzania ro¬ku,
niektórzy i po trzy lata przesiedzieli w jednej klasie.
W klasie pierwszej bywało po 40 – 50 uczniów, do czwartej dochodziło
14 - 20. I mnie nie ominął los powtarzania klasy czwartej z powodu
niedostatecznego stopnia z greckiego. Gdy bowiem po protekcyjnie
traktującym mnie Grigoriewie w klasie czwar¬tej objął język grecki
wymagający Kononczuk, katastrofa stała się. nieuniknioną. Jako
roczny ogólny stopień z greckiego otrzymałem dwójkę
/niedostatecznie/. Gdybym więc nawet na końcowym oczekują¬cym mnie
egzaminie pisemnym uzyskał stopień dostateczny, co było zresztą
bardzo mało prawdopodobne, to i tak wg zwyczajów egzami¬nacyjnych,
czekała mnie poprawka po wakacjach. Cały więc okres wakacyjnego
wypoczynku letniego, musiałby być poświecony obkuwaniu się i
przygotowaniu do poprawki. Po ewentualnym pomyślnym złożeniu
egzaminu, musiałbym do klasy piątej być oddany do gimnazjum poza
dom, do Chełma czy do Lublina, a że byłem drobny, dosyć wątły i
zaledwie kończyłem w lecie 14 lat, więc ojciec posta¬nowił, że
zdawać pisemnego egzaminu już nie będę, że zatrzyma mnie na drugi
rok w klasie czwartej, bym dopiero o rok starszy rozpoczął bardziej
samodzielne życie poza domem. W ten sposób wyszedłem pozornie z
honorem, gdyż nie zostałem obcięty na egza¬minach lecz zatrzymany w
tej samej klasie z woli ojca.
Skład młodzieży w klasach był dość złożony. Polacy stanowili
większość. Bywali nieliczni synowie pracującej inteligencji
/Sroczyński, Bodalski, ja/, bywali synowie sąsiadujących z
Hrubieszo¬wem ziemian /Świdzińscy, Janiszewski, Milowicz/ lub
oficjalistów /Kruczkowski, Żmudzki, Szybalski/, kilku synów
zamożnych chłopów z Lubelszczyzny /Sadowski z Urzędowa lub Szpringer
- syn spolonizowanych kolonistów niemieckich/, wyjątkowo spotykali
się synowie zamożniejszych mieszczan /Czamarski/.
Dzieci robotników nie było zupełnie, bo i okolica nie była
uprzemysłowiona a robotnicy rolni żyli w takiej biedzie i na takim
poziomie kulturalnym że nie mogli myśleć o kształceniu dzieci w
szkołach średnich. Rosjanie stanowili znaczny odsetek 30 – 40%.
Byli to synowie urzędników /Chitryn, Pietrowicz/ lub popów
/Korzeniowski/. Kilkuprocentową resztę stanowili Żydzi i to za¬równo
przyjezdni nie przyjęci do szkół w Rosji, gdzie % Żydów w szkołach
średnich był silnie ograniczony /w naszej klasie był bardzo zdolny
przybyły z Rosji matematyk Herszynhorn,/, jak i miejscowi /Gutfold
syn drukarza, zawsze biednie i brudno ubrany i cuchnący czosnkiem/.
Stanowili ok. 5 % ogólnej ilości.
Różnice narodowościowe między Polakami, Rosjanami i Żydami nie
odgrywały w stosunkach koleżeńskich żadnej roli i wszystkich
traktowaliśmy jednakowo jako kolegów. Ja bywałem często w tzw.
"stancji” w blisko położonym żydowskim domu, gdzie mieszkało
kilku uczniów Żydów. Przyjaźniłem się także z kolegami Rosjanami
mieszkającymi w internacie szkolnym, zwłaszcza z ogromnym, grubej
muskularnej budowy Chitrynem, któremu często siadałem na ramionach i
który obnosił mnie po internatowych pokojach. Ja byłem
najdrobniejszy w klasie, on największy. Przyjaźniłem się także z
synem miejscowego popa, Korzeniowskim.
Jeszcze serdeczniejsze stosunki łączyły mnie z kilku kolegami
Polakami, braćmi Stefanem i Dziunkiem /Adamem/ Zajączkowskim,
Januszem Sroczyńskim, Janiszewskim, Świdzińskim, z którym często
kontaktowaliśmy poza szkołą.
Zwłaszcza często bywaliśmy w domu p. Sroczyńskich, gdzie w osobnym
pokoiku mieszkali chłopcy, tj. Janusz Sroczyński i przebywający u
nich na stancji cioteczni bracia Janusza, Staś, Jaś i Karol
Świdzińscy. Dokazywania tam, bicia się poduszkami, bawienia z psem
Asem, biegania do położonego za domem niewielkiego sadu, gry w piłkę
lub w kiczki, było co niemiara.
Janusz z ojcem swym polował na ptactwo na hrubieszow¬skich łąkach i
uczył mnie rozpoznawać ptaki w ogrodzie. Przyjaźń zawarta w
Hrubieszowie przetrwała do czasów uniwersyteckich i do końca, ich
niestety krótkiego życia.
Janusz ukończył chemię na uniwersytecie krakowskim, ożenił się a po
pierwszej wojnie światowej był burmistrzem Hrubieszowa i zmarł
wkrótce na panującą wtedy złośliwą formę grypy, zwanej hiszpanką. O
Świdzińskim pomówię niżej.
Stosunki pomiędzy kolegami szkolnymi były dobre. Zdarzały się czasem
wśród mniejszych kłótnie i sprzeczki, bijatyk wobec rygoru szkolnego
prawie nie było.
Starsi czwartoklasiści uważali się prawie za dorosłych i odgrywali
powagę wobec malców. U wielu z nich przyczyniała się do tego
świadomość, że ukończenie klasy czwartej upoważniało ich do
wstąpienia do seminarium duchownego.
Nauka w hrubieszowskim progimnazjum rozpoczynała się, jak we
wszystkich gimnazjach rosyjskich, o godz. 9-tej. Stróż, dużym
ręcznym dzwonieniem oznajmiał jej początek. Zaczynaliśmy lekcję
wspólną modlitwą odmawianą w klasach. Wstawaliśmy z ławek i
wy¬znaczony dyżurny, Polak lub Rosjanin, wygłaszał modlitwę po
rosyjsku. Do dziś ją pamiętam "-Prebłagij Gospodi! Nisposli nam
błagodat ducha Twojewo swiatowo, darstwujuszczewo i ukreplajuszczewo
duszewnyja naszi siły daby wnimaja prepedawajemomu nam uczeniju
wozrasli my Tiebie naszemu sozdatielu na sławu, carstwu i
otieczestwu na polzu, roditielam że naszim na utieszenije. Amin".
Żydzi w tym momencie obowiązani byli stać spokojnie w ław¬kach. Po
każdej lekcji była kilkuminutowa przerwa, na dużą pauzę
przynosiliśmy z domu bułkę z tradycyjnym serdelkiem lub zimnym
mięsem z obiadu, w internacie mieszczącym się obok wychowankowie
otrzymywali gorącą herbatę, później wszystkim uczniom sprzedawa¬no
herbatę na korytarzu szkoły.
W pierwszej i drugiej klasie, czwarta i piąta godzina lekcji
poświęcona była zwykle na łatwiejsze przedmioty: kaligrafia,
rysunki, gimnastykę lub religię.
Na gimnastyce ja, jako najmniejszy w klasie, nie maszero¬wałem w
szeregu, lecz stojąc na środku placu ćwiczebnego ze wspaniałym
wojskowym bębnem - ku swej dumie, wybijałem pałecz¬kami rytm marszu:
"ram, tara - ram, ram, tara - ram, ram, tara -ram, ram tam tam".
Kończyły frazę trzy silniejsze uderzenia tak¬tu.
Gimnastykę szwedzką wykonywałem wspólnie z innymi.
Stopnie za indywidualne odpowiedzi uczniów wpisywane były do
dziennika klasowego a w sobotę klasowy gospodarz wciągał je do
dzienniczków uczniowskich, w których uczniowie obowiązani byli
wpisywać co dzień zadane lekcje. Co kwartał otrzymywało się cen¬zurę
kwartalną, wpisywaną, również do szkolnych dzienniczków. Tam też
były adnotacje i stopnie ze sprawowania, uwagi i pil¬ności. Ze
sprawowania obowiązywała piątka. Czwórka uchodziła za stopień karny
i zagrożenie usunięcia ze szkoły. Ucznia usuniętego ze szkoły z
trójką ze sprawowania, nie przyjmowano do żad¬nej innej szkoły.
Co kwartał ustalano na podstawie stopni, kolejność postępów uczniów,
od pierwszego do ostatniego. Ja, w pierwszej i drugiej klasie
bywałem zwykle trzecim uczniem. Pierwszym był Janiszewski Bohdan,
drugim czasem Sroczyński, czasem któryś inny. W klasie trzeciej i
czwartej, przy 14 uczniach, byłem trzecim czy czwar¬tym od końca.
W klasie trzeciej zaczynaliśmy naukę obcych jeżyków, do wyboru
francuskiego lub niemieckiego. Francuski szedł mi łatwo, gdyż w domu
uczono nas jakiś czas konwersacji w tym języku. Niemiecki sprawiał
mi trudności i wreszcie na moje naleganie, rodzice zgodzili się, bym
przestał się go uczyć.
Pomocy domowej nie miewaliśmy. Dawania korepetycji, tak
rozpowszechnionego gdzie indziej, nie było w Hrubieszowie w
zwyczaju. W wyjątkowo ustosunkowanych wypadkach, sami nauczycie¬le
dawali pewną ilość lekcji. Rzadko się to jednak zdarzało i uchodziło
za pewnego rodzaju zamaskowaną łapówkę. Mnie, jak wspominałem,
pomagał w opanowaniu łaciny ojciec.
O prowadzeniu lekcji w klasach, można wnosić z opisu za¬chowania się
i charakterystyki nauczycieli.
Przed zakończeniem roku szkolnego, odbywała się majówka. Uczniowie
ustawieni w czwórki szli pochodem za miasto i na po¬lanie w lesie
organizowane były gry i zabawy.
Egzaminy ustne i pisemne, odbywały się w końcu czerwca, poprawki po
wakacjach, w pierwszych dniach września.
W internacie szkolnym, w budynku położonym przy dziedzińcu
progimnazjum, mieszkali głównie Rosjanie, ale przebywało tam także
kilku Polaków, pochodzących z mniej znacznych środowisk, internaty
takie były jednym ze środków rusyfikacji naszej młodzieży. Nie wolno
tam było rozmawiać po polsku, czytać polskich książek a samo
obcowanie i zżycie się z kolegami Rosjanami, miało przepajać
mieszkańców internatu Polaków, wpływem rosyjskiej kul¬tury. Chłopcy
ci, zwykle na ferie Bożego Narodzenia lub Wielka¬nocy nie wyjeżdżali
z Hrubieszowa. Pod pretekstem kultywowania zwyczajów religijnych,
byli zabierani na czas tych ferii do pol¬skich domów. Oczywiście
chodziło głównie o przeciwdziałanie wpływom, rusyfikacyjnym
internatu.
U nas zwykle przebywał podczas świąt, pochodzący z Urzę¬dowa
Lubelskiego Janek Sadowski.
Gdy był w pierwszej klasie, zdarzyła mu się u nas niemiła, nocna
przygoda. Sypiał na sofce w jadalnym pokoju. Po obfitej wilii i nie
bez udziału pewnej dozy łakomstwa z jego strony, z sofki w jadalnym
pokoju trzeba było rano zmieniać bieliznę. Gdy matka moja strofowała
go i wstydziła za .takie zachowanie się, Janek z najlepszą miną
mazurząc z chłopska wytłumaczył: „- To nic proszę pani, to zwykle
tak bywa po świętach".
Janek wstąpił po ukończeniu czterech klas do seminarium duchownego i
kiedyś później, już jako ksiądz, odwiedził mnie w Zakopanem.
Zdradzał wtedy zapędy romansowe.
Do hrubieszowskiego progimnazjum wstępowali często chłopcy
przeznaczeni z góry do seminarium duchownego. Po tym taki smarkacz
po 4 - 5 latach pobytu w seminarium wychodził jako ksiądz i
niedojrzały, nie znając ani życia, ani siebie, zostawał kapłanem,
który miał odgrywać role duchownego przewodnika swych parafian. Cóż
więc dziwnego, że tak czysto nie dorastali oni do swych zadań.
Przy tym, zwykle zdolniejsi chłopcy, kształcili się, dalej w
gimnazjach, a właśnie mniej zdolni, słabsi lub bardziej bier¬ni,
szli do seminariów duchownych zgodnie z wolą rodziców.
Zwyczaj przeznaczania jednego z synów do zawodu i kariery duchownej,
był rozpowszechniony zwłaszcza w rodzinach chłopskich. Rezultatem
było wiele księży nieodpowiednich, którzy minęli się ze swym
powołaniem, wyrazem tych stosunków, było w Siedlcach złośliwa i
dowcipna odpowiedź Pawełka Wolfkego, ucznia piątej
czy szóstej klasy, który na pytanie ubolewającego nad jego postępami
w nauce księdza Dubiszewskiego:
- No i cóż z ciebie będzie Pawełku, co z ciebie będzie?
odpowiedział:
-A no cóż, proszę księdza? W najgorszym razie pójdę na księdza."
Istotnie wielu z moich hrubieszowskich kolegów po ukończeniu
czterech klas przywdziewało sukienką duchowną. Poszedł do seminarium
spokojny i słaby uczeń Czamarski, jeden z najstarszych naszych
kolegów, który w klasie czwartej trzy lata popasał a i w poprzednich
klasach bywał drugorocznym. Poszedł takie starszy chłopak Romek
Żmudzki. Obaj wstąpili do lubelskiego seminarium i obaj byli później
zwolennikami mariawityzmu i mariawickimi księżami /x.
Po powrocie z lekcji i po obiedzie, hrubieszowska młodzież zużywała
czas na odrabianie lekcji i na zabawy. Lekcje odrabialiśmy zwykle
sami, wkuwając zadane wiersze, słówka łacińskie, greckie lub
francuskie, wypracowując w zeszytach ćwi¬czenia rosyjskie i mozoląc
się nad zadaniami arytmetycznymi.
W godzinach wolnych od zajęć spotykaliśmy się czysto na różnych
zabawach. Lubiliśmy np. grę w kiczki. Brało w niej udział dwu do
czterech chłopców, W płytkim skośnym dołku w ziemi ukła¬dało się
wystający nieco kijek, tzw. "kiczkę". Uderzeniem palanta wybijało
się ją w górę i w tym momencie podbijało palantem na jak największą
odległość. Gdy przeciwnik złapał "kiczkę" w powietrzu, szedł do
podbijania, gdy nieuchwycona w powietrzu upadła na ziemię, zbijał
nią położony na dołku palant. Gra wymagała pewnej zręczności i
wprawy, była jednak o tyle niebez¬pieczna, że chwytana w powietrzu
kiczka, biła czasem boleśnie w palce, ryzyko podbicia czy nawet
wybicia oka istniało także. Nam nigdy nie zdarzył się podobny
wypadek.
Odmianą tej gry, była gra w szpaka", w której zamiast kiczki,
używało się krótszego kołeczka zaostrzonego z obu stron stożkowato,
co dawało możność do podbijania go jak kiczkę z każdego miejsca, bez
potrzeby wykopywania dołku.
W zwykły palant z piłką grywaliśmy bardzo rzadko, bo gra ta wymagała
więcej miejsca i większej liczby uczestników. Cza¬sem uprawiano ją
na dziedzińcu gimnazjalnym.
Ulubioną naszą rozrywką było zbieranie marek pocztowych. Uczyliśmy
się przy tym nazw geograficznych, wzbudzali zaintere¬sowania
geograficzne i dokonywali miedzy sobą wymiany.
Często uprawianą chociaż grą, zakazaną, była gra w stalówki. Przez
odpowiednie naciśnięcie własną stalówką, należało przewró¬cić
stalówkę przeciwnika grzbietem w dół a przez powtórny nacisk
doprowadzić ją na powrót do wyjściowego położenia. Gdy się to udało,
stalówka stawała się własnością. Miewaliśmy wiec zapasy stalówek i
ogrywaliśmy się wzajemnie.
W zimie, uprawialiśmy z zapałem łyżwiarstwo.
W 1899 r., ojciec mój rozpoczął budowę domu przy krótkiej, ślepej
uliczce, biegnącej tuż ze soborem. Dom piętrowy, murowany, obliczony
był na cztery obszerne mieszkania, po dwa na parterze i piętrze.
Prócz głównego budynku, budowano od razu drew¬nianą oficynę,
położoną w tyle dziedzińca. Plac kupił ojciec od rodziny
Patkowskich, z których synem
------------------------------------------
x/ Mariawici, sekta katolicka założona w r. 1893 przez tercjarkę
Felicję Kozłowską w Płocku. Rozwiązana przez Kongregację Inkwizycji
w 1904 r., potępiona w 1906 r. Po pierwszej wojnie światowej uległa
osłabieniu wskutek rozłamów. Mała Encykl. Powsz. PWN.
Józiem, bawiliśmy się jako dzieci. Później Józio został profesorem
Uniwersytetu Jagiellońskiego, znanym fizykiem, którego zabiegami i
staraniem wzniesio¬ny zastał w Krakowie gmach Collegium Physicum,
obok Coll. Novum na terenie dawnego ogródka botanicznego, gdzie
jeszcze jako stu¬dent rolnictwa uczyłem się w r. 1905 poznawać i
oznaczać trawy i inne zioła, przed egzaminem z botaniki u prof.
Janczewskiego.
Domek państwa Patkowskich został rozebrany i rozpoczęto budowę.
Mnie, budowa ta niezmiernie zaciekawiła, przyglądałem się uważnie
wszelkim robotom murarskim, ciesielskim i stolarskim, łaziłem po
rusztowaniach i bardzo mi się ta praca podobała.
Ojciec miał przy tej budowie wiele kłopotów i trudności.
Niepunktualność w dostarczaniu materiałów budowlanych, licha ich
jakość a wreszcie nieoczekiwane przeszkody przy kopaniu
fundamen¬tów, były tego przyczyną. Okazało się bowiem, że na terenie
budowy musiało kiedyś istnieć bagno lub jakiś zbiornik wody,
sadzawka lub jeziorko, bo nie można było dokopać się do twardego
gruntu. Obecnie przychodzi mi na myśl, że zbiornik ten mógł mieć
związek z systemem nawadniania fos, okalających średniowieczny zamek
hrubieszowski, który istniał tutaj w XIV - XV. w. na terenie
późniejszego budynku mieszczącego apteki p. Du Chateau.
W rezultacie, fundament trzeba było zakładać na nieprze¬widzianej
głębokości kilku metrów w postaci sklepionych arkad, na głębokich
murowanych filarach. Zwiększyło to znacznie koszt budowy i
przysporzyło sporo zmartwień ojcu. Widzieliśmy, że ta budowa męczy
go fizycznie i wyczerpuje nerwowo i być może przyczyniła się do
późniejszej a tak niedalekiej katastrofy.
W 1900 roku spotkało naszą rodzino wielkie nieszczęście. Dnia 10
maja zmarł mój ojciec, zaraziwszy się tyfusem od chorego pacjenta,
dobrego znajomego i mego przyjaciela Zygmunta Sokołowskiego,
praktykanta w składzie aptecznym Sieniewicza.
Sióstr nie było wtedy w domu. Mnie na parę dni przed tym
przeniesiono do państwa Sroczyńskich. Zdaję sobie dziś sprawę z
tego, że nie potrafiłem wtedy należycie ocenić ani tragedii śmierci
człowieka będącego w pełni sił; ojciec zmarł mając 52 lata, ani
wielkości straty jaką ponieśliśmy. Kończyłem wtedy 14 lat i
widocznie sfera uczuciowa nie była jeszcze w pełni rozwinięta,
uczucie dojmującego, protestującego bólu nie opanowało wtedy mojej
świadomości.
Gdy zawiadomiono mnie rano przy śniadaniu o stracie jaką poniosłem,
płakałem, zalewałem się łzami i pamiętam, że próbowałem zjeść
cytrynę podaną mi do herbaty, wraz ze skórką, ale zdawałem sobie
sprawo, że czynię to, by okazać swój ból, była to więc w tym pewna
doza pozy.
Matkę naszą śmierć ojca załamała zupełnie. Rozpacz jej była
niezwykła. Nie była w stanie opanować swych łez i skarg na krzywdę
losu. Każdą rozmowę, z każdym, nawet przygodnie spotkanym znajomym
czy interesantem, kończyła płaczem i narzekaniami. Stało się to jej
psychiczną potrzebą, wytworzył się w jej zachowaniu jakby kult
cierpienia, jakby chciała podkreślić tym i udowodnić swą wielką
miłość i przywiązanie do zmarłego.
Stwarzało to w otoczeniu atmosferę przygnębienia i żałoby.
Niewątpliwie źle wpływało na nerwowość dzieci i w rezultacie zamiast
współczucia, wywoływało rodzaj rozdrażnienia i niechęci do łez i
płaczu.
Nie było jednak na to żadnej rady i takie usposobienie matki trwała
latami; wprawdzie po kilku latach, po wyjeździe z Hrubieszowa, matka
opanowała wreszcie swoje nerwy i doszła do pewnej równowagi, ale do
końca jej życia, czyli do 1930 r. z jej twarzy nie zniknął wyraz
cierpienia i zadumy i nigdy wesoły uśmiech nic rozpromienił jej
oblicza.
Zmarła w Poznaniu 21 grudnia 1930 r. w wieku 70 lat; prze¬żyła więc
ojca o 30 lat.
Rok śmierci mojego ojca, był rokiem ukończenia przeze mnie
hrubieszowskiego progimnazjum. Musiałem więc, chcąc kontynuo¬wać
szkołę średnią, przenieść się do miasta posiadającego pełne
gimnazjum. Wybór padł na Siedlce, a to ze względu, że prefektem był
tam ksiądz Adam Dubiszewski, wychowanek rodziców, a jego siostra -
Ewelina, która dotychczas prowadziła tam zakład fo¬tograficzny,
zwijała go i zamierzała otworzyć stancją dla uczniów. Miałem więc w
Siedlcach zapewnioną opiekę w szkole i rozwiązaną sprawę mieszkania.
dodane 11.styczeń.2006 - przepisali
Alicja i Leszek Wiśniewscy
|