Pamiętniki te dostałem od pana Zygmunta Drewnika,

są to publikacje umieszczone w Biuletynach TRH sprzed kilkudziesięciu lat

zachęcam do lektury - Michał Miścior


 

Konstanty M.M. Stecki

P A M I Ę T N I K I

 

 

Część II.

Hrubieszowskie progimnazjum.



Naukę rozpoczęła ze mną moja matka. Zapewne nie była zbyt dobrym pedagogiem; sama nie kończyła żadnych szkół, to też uczyła po swojemu, jak umiała. Trzeba więc było sylabizować i mozol¬nie składać brzmienie wyrazów, Nie lubiłem książki i z przymusem ślęczałem nad czytankami. Wolałem biegać po dziedzińcu i strugać patyki. Ale jakoś czytać się nauczyłem.
Matka uczyła mnie także katechizmu i historii świętej: o stworzeniu świata, o Adamie i Ewie, o Noem i potopie, o wędrówkach Żydów. Uczyła mnie także tabliczki mnożenia i początków rachun¬ków. Później chodziłem na lekcji historii Polski do pani Sroczyńskiej a następnie do panny Heleny Kiesewetter.
Wreszcie przyszedł czas, kiedy trzeba było pomyśleć o odda¬niu mnie do szkoły średniej i nauczeniu języka rosyjskiego.
Szkoły średnie męskie w ówczesnym .Królestwie Polskim, czy jak brzmiała oficjalna nazwa - w "Prywislinskim kraju", były tylko rosyjskie i od wstępujących wymagano pewnej znajomości te¬go języka. Zaangażowali więc rodzice nauczyciela sąsiedniej szkoły początkowej, Rosjanina - p. Kraszewskiego, by nauczył mnie początków języka rosyjskiego i arytmetyki tyle, ile wyma¬gano przy przyjęciu do klasy wstępnej.
Pan Kraszewski uczył w szkole znajdującej się blisko nasze¬go domu, tak, że z okien sypialnego pokoju lub z galerii nie raz przyglądałem się, jak chłopcy ze szkoły ćwiczyli, musztry na dziedzińcu szkolnym i ustawieni w dwa szeregi odliczali: pierwszy, drugi, pierwszy, drugi i td. by po tym na komendę, podwoić szeregi. Bardzo mnie bawiło, gdy wykonywali szwedzką gim¬nastykę, wyrzucając ramiona. Słowa rosyjskiej komendy do dziś tkwią w mojej pamięci: "w pierod, w storony, w wierch:, w niz!".
Nauczyciel Kraszewski, wysoki, szczupły i nerwowy pan o ru¬dej zaczesanej w górę czuprynie i czerwono - białej cerze, mógł mieć ok. 40 lat, nie odznaczał ale zbytnią cierpliwością i wprawdzie "łap" mi linię nie dawał, jak to często praktykował w swojej szkole, ale niecierpliwił się, denerwował i załamywał ręce, gdy nauka nie szła mi należycie.
Jednakże okazał się niezłym pedagogiem, gdyż do klasy miejscowego progimnazjum zdałem i zostałem przyjęty.
Uczył mnie jeszcze cały rok, przerabiając program klasy wstępnej.
Do klasy pierwszej zdałem również i zostałem przyjęty oraz zaliczony w poczet uczniów "Grubieszowskoj Mużskoj Progimnazji”. Działo się to w 1895 r. Do klasy pierwszej przyjmowano chłopców po ukończeniu 10-ciu lat i w tymże wieku ja zostałem uczniem klasy pierwszej.
Szkolnictwo średnie - jak wspomniałem - było państwowe. Uczono w języku rosyjskim, przeważały 8-mio klasowe gimnazja filologiczne, które były we wszystkich dziesięciu gubernialnych i większych powiatowych miastach, jak w Łodzi, Częstochowie, Białej Podlaskiej i tp.
W mniejszych, miastach, jak w Hrubieszowie, Zamościu lub Mariampolu, były czteroklasowe progimnazja.
Poza tym, w większych ośrodkach przemysłowych, jak w Warszawie, Łodzi, Radomiu, organizowano średnie szkoły przemysłowe i handlowe, bez łaciny i greki.
W gimnazjach filologicznych, czyli jak .mówiono klasycznych uczono w pierwszej klasie języka rosyjskiego, arytmetyki, geografii, łaciny, rysunków, kaligrafii, religii i gimnastyki. Lekcje zaczynały się o godz. 9-tej, po trzech godzinach nauki, o godz. 12 była półgodzinna przerwa, czyli jak mówiliśmy "duża przemiana" /z rosyjskiego: "pieremiena" -, zmiana/, po czym odbywała się jeszcze jedna lub dwie lekcje. O godz. 1.30 lub 2.30 szło się do domu na obiad.
W klasie trzeciej przybywała historia Rosji, język grecki i do wyboru niemiecki lub francuski, w czwartej algebra i geometria. W klasach wyższych przerabiano ponadto: w 6-tej i 7-mej kosmografię i logikę, fizykę /biologii i chemii nie uczono zupełnie/ i trygonometrię, w 8-mej – kosmografię i logikę.
Język rosyjski był we wszystkich klasach, uczono sukce¬sywnie: gramatyki, składni i literatury. Programy były dość skromne: nie było np. matematyki wyższej, ani różniczek, ani całek, ale uczono nie najgorzej, wymagania były spore, i to czego nauczono w gimnazjum, umieliśmy nieźle.
Skład grona profesorskiego bywał bardzo niejednolity. Wśród młodych nauczycieli, zwłaszcza pochodzących z głębi Rosji zdarzali się doskonali pedagodzy, ludzie kulturalni i wykształ¬ceni, z zamiłowaniem traktujący swój zawód, sprawiedliwi i wzbu¬dzający u młodzieży szacunek.
Takim był w Hrubieszowie matematyk, Neapolitański, ze star¬szych, surowy ale bardzo sumienny Piotr Kononczuk, takim był w Siedlcach, łacinnik Sołowiow, też matematyk, Niemiec z pochodze¬nia - Hund i paru innych.
Byli jednakże inni, znienawidzeni za swą rusyfikatorską lub szpiclowsko – donosicielską działalność, tzw. „diejatiele” czyli działaczy rusyfikatorzy, jak inspektor w Siedlcach Lwotow, lub w Łodzi matematyk i Ogijewicz albo nauczyciel klasy wstępnej Pietrow, będący równocześnie tzw. pomocnikiem klasowego gospodarza, a więc z urzędu pełniący funkcje wychowawczo – policyjne.
Bywali wreszcie w prowincjonalnych ośrodkach, takich jak Hrubieszów, nauczyciele, zupełnie nie nadający się do tej roli, nie posiadający kwalifikacji ani pedagogicznych ani naukowych, jak np. p. Szołomycki uczący w Hrubieszowie, ale o nim opowiem niżej.
Na posady do szkół w Królestwie, na wiecznie znajdujące się w stanie fermentu ziemie polskie, stanowiące obce narodo¬wościowo kresy imperium carskiego, chętnie ściągali działacze carskiej wynaradawiającej polityki, kuszeni lepiej płatnymi ani¬żeli w głębi ilości posadami; stąd wynikały częste konflikty między szkołą i młodzieżą i niemal stały stosunek niechęci i wrogiego nastawienia uczniów do nauczycielstwa. Młodzież wyczuwała obcość szkoły rosyjskiej.
Hrubieszowskie progimnazjum mieściło się w budynku poklasztornym kościoła parafialnego, jedynego katolickiego jaki wtedy w Hrubieszowie istniał. Wewnątrz, trzeba przyznać, panował ład i porządek. Klasy szkolne były corocznie w czasie ferii letnich odczyszczone i odmalowane.
Szkoła ta jednak różnymi czasy, różną cieszyła się opinią. Ponoć w latach poprzedzających moje do niej wstąpienie, nauka była bardzo źle prowadzona i nawet zakwestionowaną była sprawa respektowania wydawanych świadectw przy przyjmowaniu do klasy piątej w innych gimnazjach, jednakże w r.1895 stosunki bardzo się poprawiły i szereg nauczycieli starało się podnieść poziom nau¬czania i zaostrzyć wymagania.
Grono profesorskie było bardzo niejednolite. Uczyli wy¬łącznie Rosjanie a jedynym Polakiem należącym do grona pedagogicz¬nego, był katecheta, uczący religii ksiądz Grabowicz.
Języka polskiego nie uczono zupełnie i w hrubieszowskim progimnazjum nie wolno było mówić po polsku nawet uczniom pomię¬dzy sobą.
Na czele progimnazjum stał inspektor. Wszyscy nauczyciele chodzili w mundurach. Były to ciemne, granatowo - zielone fraki, ze złotymi guzikami ozdobionymi dwugłowym orłem i takież kamizelki. Czapki kroju angielskiego z owalnym boczkiem nad daszkiem.. Palta, noszono różne; albo kroju wojskowego, szynele, albo cywilne. Niektórzy nauczyciele chodzili po ulicy bez mundurów, po cywil¬nemu. W parę lat później zmieniono krój mundurów nauczycielskich na typ tużurka z długimi połami i złotymi kwadratowymi epoletami, z zielonym aksamitnym tłem i cyfrą Mikołaja II, mianowicie: M II.
Uczniowie na co dzień nosili czapki sukienne bluzki zapinane z przodu na ukryte guziki lub haftki, ze stojącym kołnierzem, przepasane szerokim rzemiennym paskiem z kwadratową gładką meta¬lowej klamrą z przodu. Spodnie czarne, długie. Latem bluzki mo¬gły być płócienne białe lub szare, alpakowe. Na święta i uroczystości przeznaczone były granatowe mundury z długimi połami, z kołnie¬rzem obszytym srebrnym galonem, zapinane na 9 gładkich srebrnych guzików. Ilość guzików odpowiadała ilości liter, w imieniu carowej Katarzyny. Ja zresztą, takiego munduru aż do klasy piątej nie miałem.
Obowiązkowo należało pod bluzką na szyi nosić zamiast krawata tzw. halsztuk, zapinany z tyłu; przyszyty z przodu gładki odcinek materii zakrywał piersi.
W zimie obowiązywały szynele jasno szaroniebieskie, z patką z tyłu i dwoma szeregami guzików z przodu, takich jak u mundurów.
Do kompletu umundurowania należał tornister na książki tzw. z rosyjska "raniec", który należało mieć zapięty na dwu rzemykach na obu ramionach po bokach.
Czapki kroju wojskowego ciemno - granatowe z białymi wypustkami i skórzanym daszkiem. Z przodu do otoku przypinało się srebrną palemkę ze stylizowanych liści dębowych, pomiędzy którymi widniały dwie litery, inicjały nazwy szkoły, w danym wypadku "GP" czyli "Grubieszowskaja progimnazja".
W zimie nosiliśmy, podobnie jak wszyscy rosyjscy wojskowi, baszłyki, tj. rodzaj kaptura szytego z grubej i miękkiej tkaniny koloru brązowego, z długimi końcami wiązanymi dookoła szyi.
Baszłyki były zakładane na głowę lub zwykle podwinięte, zabezpieczały tylko uszy i szyję i świetnie chroniły w czasie zadymki lub mrozu.
Inspektorem hrubieszowskiego progimnazjum był w owym czasie p. Tankiel, spokojny i przyzwoity człowiek, pochodził z unickiej rodziny i do Polaków odnosił się sprawiedliwie. Posiadał dorosłą córkę znaną z wdzięku i niepospolitej urody. Tak się składało - że w moich klasach nie uczył.
Początków łaciny uczył nas Iwan Iwanowicz Bec, opasły grubas, był naszym klasowym gospodarzem w klasie I. Więcej zdaje się interesowały go butelki dobrego wina, niż nauczanie i uczniowie. Na Wielkanoc był zwyczaj, stale obserwowany przez Rosjan, że wszyscy urzędnicy, z zachowaniem kolejności zależnej od rangi, tzw. "czyna", składali sobie nawzajem wizyty świąteczne. Ponieważ ojciec mój był lekarzem szpitalnym i szkolnym, co było traktowano jako pewien urząd, więc raz na rok na Wielkanoc, musiał sam skła¬dać wizyty władzom powiatowym i szkolnym i odbierać ich wizyty. Najczęściej owych gości, a były to jedyne dni gdy w naszym domu bywali Rosjanie, przyjmowała matka, gdyż ojciec albo sam składał wizyty, albo odwiedzał chorych. Otóż zawsze ilekroć przychodził p. Bec lub nauczyciel rosyjskiego Kołokołow, a w następnych lutach następca Beca prof. Grigoriew, matka stawiała tylko pół butelki wina, wiedząc z góry, że dotąd nie wyjdą obaj pedagodzy z domu, dokąd nie wysuszą, butelki do dna. Z reguły nie bywała to już ich pierwsza wizyta w tak uroczystym dniu; przychodzili już dobrze "pod gazem" i nie byli mile widzianymi gośćmi.
Raz nawet, jak opowiadała matka, Kołokołow i Grigoriew święcili w naszym domu Wielkanoc na czworakach i trudno było ich pozbyć się: upominali się uporczywie o jeszcze jedną i to pełną butelkę wina.

Wspomniany nauczyciel Kołokołow, był oryginalną postacią o znacznej i silnej indywidualności i z tego wzglądu warto mu po¬święcić kilka słów.
Wysoki, tęgi, prawie otyły mężczyzna, grubej budowy, brunet z czarną przyrzedzoną już czupryną, z szeroką, takąż brodą i wąsami, o śniadej i tłustej cerze, pełnej nalanej twarzy i niskim pofałdowanym czole, mięsistych wargach, miał niewielkie ciemne oczy o przenikliwym spojrzeniu. Również ręce miał ogromne, mięsiste, o szerokich krótkich paznokciach nigdy nie czyszczonych i stale z czarną obwódką. Gdy był w złym humorze i nasępił swą twarz, a było tak zawsze gdy był pod wpływem alkoholu, szerzył postrach wśród uczniów i sypał dwójkami za najdrobniejsze uchy¬bienie. W klasie było wtedy cicho jak makiem zasiał i wszyscy drżeliśmy przed nim. Kiedy indziej potrafił być wesoły, żartował, śmiał się i dowcipkował. Umiał też wzbudzić zainteresowanie tema¬tem lekcji, opowiadaniem lub deklamowanym wierszem. W gruncie rzeczy był niezłym pedagogiem i wszystkich uczni jednakowo trak¬tował.
Mundur miał zawsze brudny i zaplamiony. Gdy mu kiedyś pod¬czas lekcji krew poszła z nosa, kazał zdejmować wiszące na ścianie obrazy, zbierać pajęczyny z kurzem i tym tamował sobie krwotok..
Dzięki swym żartom, był nawet coś ć lubiany przez uczniów.
W jakieś święto sprosił do siebie malców z pierwszej i dru¬giej klasy, położył się na podłodze i kazał im całą gromadą wleźć na siebie. Wtedy nagle podniósł się i całe bractwo jak gruszki posypało się z jego ogromnego cielska, ku ogólnej radości wszys¬tkich uczestników.
Imię miał Fiodor i kazał nazywać się rosyjskim zwyczajem Fiodor Fiodorowicz a że jego syn miał również na imię Fiodor, więc nazywaliśmy tego chłopca Fiodorem w kubie, tj. w trzeciej potędze.
Mnie, że miałem na imię tak jak mój ojciec, nazywano Kon¬stantym w kwadracie.
Kołokołow potrafił być jednak po pijanemu awanturnikiem.
Gdy po łagodnym Tonklu, inspektorem został trzeźwy, wymagający służbista Afanasjew, doszło .miedzy nimi do konfliktu pewne na tle pijaństwa Kołokołowa. W pewnym momencie pijany Kołokołow wpadł z rewolwerem w ręku do mieszkania Afanasjewa i zastawszy tam żonę inspektora, wygrażał, że zastrzeli jej męża. Chorowita i nerwowa pani inspektorowa, wystraszywszy się, dostała ataku serca. Skończło się tym, że Kołokołowa przeniesiono do Kielc do tamtejszego gimnazjum.
Mało sympatycznym typem był następca Beca, łacinnik Grigoriew. Blady o chorowitej cerze, z żółtą bródką, wiecznie skrzywiony, jak mówiłem już, notoryczny alkoholik, wyraźnie niesprawiedliwie i niejednolicie traktował swych wychowanków, co dzieciarnia szybko spostrzegła i za co go nie lubiła. Zapewne brał łapówki, ewentualnie w formie dawania słabym uczniom lekcji i z tego powodu niejednakowo ich traktował. O jego stronniczości mo¬głem się, sam przekonać. W pierwszej i drugiej klasie u Beca sta¬łem z łaciny możliwie. Bardzo intensywnie pilnował mojej nauki łaciny mój ojciec, który wpisywał mi koniugacje łacińskie i kontrolował ich wyuczenie się. Choć do języków nie miałem nigdy większych zdolności, jednak przy pomocy ojca jakoś sobie z łaciną radziłem. Gdy przyszedł w trzeciej klasie Grigoriew, ku swemu na¬wet zaskoczeniu, zacząłem obrywać dwójki. Sprawa przejścia do na¬stępnej klasy zaczęła wyglądać niepewnie. W trakcie tego zachoro¬wał synek Grigoriewa i to dość poważnie. Ojciec, jako lekarz gimnazjalny leczył go; dziecko udało się uratować i doprowadzić do zdrowia. Moja umiejętność łaciny odrazu podskoczyła na czwórki. Przed końcem roku, przed egzaminem pisemnym z łaciny, Grigoriew kazał mnie i jeszcze dwom czy trzem uczniom przyjść do siebie i podyktował nam dla wprawy tłumaczenie z rosyjskiego na łacinę. Sądziliśmy że będą to zwroty i zdania podobne składnią do tych, jakie zadadzą nam na egzaminie. Ze zdziwieniem przekonaliśmy się że częściowo były to te same zdania. Do dziś pamiętam pierwsze z nich na accusativus cum infinitivo i zaczynające się na cum: "Cum magna cum celeritate ferrerja, putas te in eodem loco stare et omnia loca cirsumiacentia ferrero". Oczywiście napisaliśmy extemporalia dobrze. Z tego powodu mieli nawet moi rodzice pewne przykrości, gdyż państwo Sroczyńscy, których syn Januszek, był w tejże klasie co ja, dowiedzieli się o przygotowanym dyktandzie i mieli wielką pretensję do moich rodziców, że nie poinformowali ich o tym i nie ułatwili Januszkowi zdawania egzaminu.


Osobliwym, wprost groteskowym typem, był nauczyciel mate¬matyki p. Anton Szołomycki. Był to już starszy pan, mający około 60 lub więcej lat z dobrze zaokrąglonym brzuszkiem, na cienkich nóżkach i o starczym wyglądzie. Twarz źle ogolona, bez wąsów i bez brody, okrągła jak u kota z zaczerwienionymi powiekami i wąskimi sinymi wargami. Wiecznie się złościł i irytował. Manią jego było ciągłe gderanie i strofowanie uczniów, tak że większa część lekcji schodziła na burczeniu i dogadywaniu uczniom. Przy tym, jego uwagi na początku lekcji, kłóciły się bardzo często z uwagami pod koniec lekcji. Ulubionym jego zwrotem było: jak nie zobaczysz własnych uszu, tak i drugiej klasy nie zobaczysz" /"kak tiebie twoich uszej nie widat, tak tiebie i wtorowo kłassa nie widat"/. Gdy słabym uczniem okazywał się jakiś pieszczoch rodziców, to Szołomycki stawiał siebie jako przykład i zapewniał: „mnie rodzice co dzień rózgami siekli i dlatego wyrosłem na rozumnego człowieka, a ty co? Ciebie mamieńka co dzień pieści, psuje, dogadza ci i co z ciebie wyrośnie? Mamin synek! Nigdy nic porządnego z ciebie nie będzie". Czynił przy tym złośliwe miny i odpowiednio gestykulował.
Gdy jednak dostawał się pod jego krytykę urwis, łobuz lub leniuch, dowiadywał się wtedy, że Szołomyckiego jako chłopca nikt palcem nie dotknął, bo zawsze był posłuszny i uczył się celująco, a delikwent, choćby go co dzień tłuc i siec, to i tak nic dobrego z niego
nie wyrośnie.
Raz, gdy byłem w pierwszej czy drugiej klasie, a obok mnie na ulicy przechodził Szołomycki, strzeliła mi do głowy fan¬tazja i zamiast przepisowo ukłonić się czapką, stanąłem na baczność i zasalutowałem po wojskowemu. Ileż ja się po tym nasłucha¬łem od niego kpin i wymówek!
Pochodził z unickiej rodziny i gdy był w polskim towarzystwie, rozmawiał po polsku i nawet potrafił dc znajomej pani powie¬dzieć: "My, Polacy". Przy Rosjanach nigdy słowem po polsku się nie odezwał. W domu z żoną rozmawiał czasem po polsku, czasem po rosyjsku. Zamęczał ją również swym gderaniem i marudzeniem. Gdy zachorował i musiał leżeć w łóżku, był nieznośny. Często w nocy nie mogąc spać monologował i użalał się nad sobą:
- Biedny ty, biedny, panie Szołomycki! Nikt ciebie nie lubi, nikt o ciebie nic dba! Leżysz jak ten pies, jak Łazarz, niema komu podać ci szklanki wody!". A gdy dobra i troskliwa żona przybiegała i pytała:
-Anton! Może ci co trzeba, może ci poprawić poduszki, może podać wody?”, wtedy Szołomycki odprawiał ją i gderał, że go tylko nudzi i spać nie daje. Wymęczona jego dziwactwami niewiasta poskarżyła się memu ojcu, który leczył Szołomyckiego i prosiła o radę. Ojciec poradził jej by wynajęła młodego Żydka faktora który by siedział przy nim i wysłuchiwał wszystkich narzekań. Tak się też stało i pani Szołomycka miała względny spokój.
Co do jego kwalifikacji pedagogicznych, powszechnie znany był fakt uzyskania przez Szołomyckiego nominacji na nauczyciela progimnazjalnego w ten sposób, że kiedyś pożyczył on wysokiemu urzędnikowi w kuratorium szkolnym większą kwotę pieniędzy i ten zamiast mu zwrócić dług, dał posadę nauczyciela w progimnazjum.
W klasie czwartej algebry i geometrii uczył nowo przybyły młody nauczyciel Neapolitański, bardzo spokojny, poważny, sprawiedliwy i dobry pedagog.
Łaciny i greckiego uczył w trzeciej i czwartej klasie Piotr Nazarewicz Kononczuk. Był to poważny w średnim wieku pan, przeciwstawienie Szołomyckiego. Starannie ogolony, łysawy, o matowej cerze, zawsze skupiony i poważny, drobiazgowo sumienny i sprawiedliwy, był jednak ogromnie surowym i wymagającym i baliśmy się go wszyscy. Miał swą metodę pytania i stawiania stopni. W czasie odpowiedzi ucznia trzymał w ręku notesik i ołówek i notował ilość popełnionych błędów. Wiadomo było, że za cztery omyłki gramatyczne będzie stopień niedostateczny, za mniejszą ilość, odpowiednio lepszy. Ten sam system stosował przy ocenie wypracowań pisemnych. Nigdy nie zapomnę zdenerwowania w czasie pisemnych klasowych zadań, tzw. ekstemporalii, gdy trzeba było w ciągu godziny przetłumaczyć kilka zdań z rosyjskiego na grecki, którego nigdy dobrze opanować nie mogłem. Gdy zdawało mi się, zatopionemu w arkanach greckich reguł gramatycznych i stylistycznych, że lekcja dopiero się rozpoczęła i udało mi się przetłumaczyć zaledwie jedno czy dwa zdania, gdy tymczasem dzwonek zwiastował koniec godziny i fatalność nieukończonego wypracowania. Stan nerwów stawał się nieznośny i przejawiał się gwałtownym naciskiem w pęcherzu. Nie pomagały żadne próby i zeszyt trzeba było oddać z pełną świadomością niedostatecznego wyniku. Kolejność przepytywania uczniów i kwartalny stopień były u Kononczuka zawsze systematycznie przeprowadzane i obliczane.
Mimo szerzonego postrachu cieszył się jednak szacunkiem dzięki swej sumienności i drobiazgowej sprawiedliwości.
Kononczuk był małomówny, zapewne dlatego, że się nieco jąkał. Gdy się w mowie zaciął, twórz drgała mu nerwowo. W zimie przychodził stale ze swą żoną na publiczną ślizgawką i spokojnie, statecznie ślizgał się z nią razem.
Na ślizgawkę przychodziło także wielu uczniaków, wśród których kursował złośliwy wierszyk, przyrównujący go do pająka: "Maleńkij, tołstienkij kak pauk, Piotr Nazarewicz Kononczuk”, choć ani tak bardzo małym, ani też grubym nie był.
W ostatnich latach mego pobytu w progimnazjum hrubieszowskim przybył do szkoły brat Kononczuka, Aleksander Nazarewicz, również filolog, ale ani tak systematyczny, ani sprawiedliwy jak brat nie był. Był kawalerem i odznaczał się nienaganną elegancją.
Mało z nim miałem do czynienia.
W pierwszej i drugiej klasie uczono nas kaligrafii i rysunków. Nauczycielem był Zinowij Pietrowicz Gregorowicz, nieco zabawna postać. Drobny, szczupły, nerwowo ruchliwy, o niskim czole, grubym nosie, artystycznie zaczesanych do tyłu włosach, o ostrej bródce którą wciąż nerwowo kręcił, był małomówny a z uczniami prawie wcale nie wdawał się w rozmowy. Nosił wielki czarny krawat, uwiązany w artystyczny węzeł. Wzór kredą rysował w klasie na tablicy, który myśmy przerysowywali na kartkach pa¬pieru. Po wypisaniu wzoru kaligrafii, środkowym przejściem. biegał po klasie, miedzy uczniowskimi ławkami, zacierał ręce, kręcił bródką i uśmiechał się do siebie, czasem coś mamrocząc. Dbał pilnie by uczniowie siedzieli cicho, nie rozmawiali i zajęci byli swoją pracą. Gdy ktoś się kręcił lub rozmawiał, wtedy pan Gregorowicz przechodząc klasę od tyłu ku przodowi, nie przerywając swej bieganiny, wymierzał siedzącym przy przejściu uczniom klapsy w tył głowy, jak się mówiło "dawał im w podzatyłok" i przywracał w ten sposób spokój w klasie.
Najczęściej nie odzywał się przy tym i nie przerywał marszu czasem syknął tylko przez zęby: "ciszej! ciszej!". Ja cieszyłem się u niego względami, gdyż byłem jednym z lepszych rysowników w klasie a nie wykluczone, że i stanowisko ojca w szkole odgrywało też pewną rolę. W każdym razie w "podzatyłok" nigdy, od niego nie dostałem, a może także dlatego, że nie siedziałem przy przejściu.
Katechetą był ksiądz Grabowicz, młody wikary hrubieszowski. Żadna indywidualność. Traktował nas dość pobłażliwie i chętnie uczyliśmy się liturgii, katechizmu i historii świętej, gdyż był on jedynym Polakiem wśród nauczycieli i jedynie na jego lekcjach mówiło się po polsku, choć oficjalnie lekcje religii miały się odbywać w języku rosyjskim. Podręczniki do religii były też rosyjskie. O jego wiedzy i romantycznych przygodach mówiłem już poprzed¬nio.
Wśród hrubieszowskich nauczycieli wybitną indywidualnością był inspektor Afanasjew, który objął to stanowisko po ustąpieniu Tonkla. Dość drobnej postaci, o dobrze utrzymanej siwiejącej brodzie i żywym inteligentnym wyrazie twarzy, był istotnie człowiekiem o nieprzeciętnej inteligencji, trzeźwym i gorliwie spełnia¬jącym swe obowiązki. Był jednak służbistą, postępował w sposób kategoryczny i zdecydowany, był wymagający w stosunku do siebie i innych. Wzbudził postrach wśród kupiectwa hrubieszowskiego, gdyż znał się doskonale na jakości towarów dostarczanych dla szkoły i na wartości oraz cenach wykonywanych robót. Nie sposób było mu podsunąć towar zły lub zbyt drogo policzyć za pracę, co przy rządo¬wych zamówieniach było często praktykowane. Uważał zdaje się jednak, że spełnia wśród społeczeństwa polskiego misję rusyfikacyjną, lubił rozpoczynać dyskusje polityczne i udowadniać katastrofalne skutki powstań polskich, wykazując co raz gorszą, po każdym z nich sytuacją polityczną społeczeństwa polskiego pod zaborem rosyjskim.
Nas w trzeciej klasie uczył historii Rosji i kiedyś przy końcu roku, gdy nie trzymały mi się w głowie daty historyczne, kazał mi przyjść w niedzielę po nabożeństwie do klasy i zapowiedział, że nie puści mnie do domu, dopóki nie nauczę się tych dat. Po dwu czy trzech pytaniach zakończonych niefortunnym rezultatem i płaczem delikwenta, poszedłem koło trzeciej do domu z obietnicą dwójki przy końcowej klasyfikacji. Skończyło się bodajże tym, że akurat po tych próbach zachorowałem na odrę i jednak dostałem promocją do klasy czwartej.
Tak się przedstawiał personel nauczycielski.
Wiele interesujących szczegółów charakteryzuje życie ucz¬niowskie. W hrubieszowskim progimnazjum w klasach pierwszej i drugiej, była to jeszcze dzieciarnia, ale w klasach, trzeciej i czwartej, spotykało się wielu znacznie starszych chłopców 16-to i 18-to letnich a nawet starszych.
W prowincjonalnych bowiem stosunkach, wielu chłopców było słabo przygotowanych, źle się uczyło, częste były powtarzania ro¬ku, niektórzy i po trzy lata przesiedzieli w jednej klasie.
W klasie pierwszej bywało po 40 – 50 uczniów, do czwartej dochodziło 14 - 20. I mnie nie ominął los powtarzania klasy czwartej z powodu niedostatecznego stopnia z greckiego. Gdy bowiem po protekcyjnie traktującym mnie Grigoriewie w klasie czwar¬tej objął język grecki wymagający Kononczuk, katastrofa stała się. nieuniknioną. Jako roczny ogólny stopień z greckiego otrzymałem dwójkę /niedostatecznie/. Gdybym więc nawet na końcowym oczekują¬cym mnie egzaminie pisemnym uzyskał stopień dostateczny, co było zresztą bardzo mało prawdopodobne, to i tak wg zwyczajów egzami¬nacyjnych, czekała mnie poprawka po wakacjach. Cały więc okres wakacyjnego wypoczynku letniego, musiałby być poświecony obkuwaniu się i przygotowaniu do poprawki. Po ewentualnym pomyślnym złożeniu egzaminu, musiałbym do klasy piątej być oddany do gimnazjum poza dom, do Chełma czy do Lublina, a że byłem drobny, dosyć wątły i zaledwie kończyłem w lecie 14 lat, więc ojciec posta¬nowił, że zdawać pisemnego egzaminu już nie będę, że zatrzyma mnie na drugi rok w klasie czwartej, bym dopiero o rok starszy rozpoczął bardziej samodzielne życie poza domem. W ten sposób wyszedłem pozornie z honorem, gdyż nie zostałem obcięty na egza¬minach lecz zatrzymany w tej samej klasie z woli ojca.
Skład młodzieży w klasach był dość złożony. Polacy stanowili większość. Bywali nieliczni synowie pracującej inteligencji /Sroczyński, Bodalski, ja/, bywali synowie sąsiadujących z Hrubieszo¬wem ziemian /Świdzińscy, Janiszewski, Milowicz/ lub oficjalistów /Kruczkowski, Żmudzki, Szybalski/, kilku synów zamożnych chłopów z Lubelszczyzny /Sadowski z Urzędowa lub Szpringer - syn spolonizowanych kolonistów niemieckich/, wyjątkowo spotykali się synowie zamożniejszych mieszczan /Czamarski/.
Dzieci robotników nie było zupełnie, bo i okolica nie była uprzemysłowiona a robotnicy rolni żyli w takiej biedzie i na takim poziomie kulturalnym że nie mogli myśleć o kształceniu dzieci w szkołach średnich. Rosjanie stanowili znaczny odsetek 30 – 40%.
Byli to synowie urzędników /Chitryn, Pietrowicz/ lub popów /Korzeniowski/. Kilkuprocentową resztę stanowili Żydzi i to za¬równo przyjezdni nie przyjęci do szkół w Rosji, gdzie % Żydów w szkołach średnich był silnie ograniczony /w naszej klasie był bardzo zdolny przybyły z Rosji matematyk Herszynhorn,/, jak i miejscowi /Gutfold syn drukarza, zawsze biednie i brudno ubrany i cuchnący czosnkiem/. Stanowili ok. 5 % ogólnej ilości.
Różnice narodowościowe między Polakami, Rosjanami i Żydami nie odgrywały w stosunkach koleżeńskich żadnej roli i wszystkich traktowaliśmy jednakowo jako kolegów. Ja bywałem często w tzw. "stancji” w blisko położonym żydowskim domu, gdzie mieszkało
kilku uczniów Żydów. Przyjaźniłem się także z kolegami Rosjanami mieszkającymi w internacie szkolnym, zwłaszcza z ogromnym, grubej muskularnej budowy Chitrynem, któremu często siadałem na ramionach i który obnosił mnie po internatowych pokojach. Ja byłem najdrobniejszy w klasie, on największy. Przyjaźniłem się także z synem miejscowego popa, Korzeniowskim.
Jeszcze serdeczniejsze stosunki łączyły mnie z kilku kolegami Polakami, braćmi Stefanem i Dziunkiem /Adamem/ Zajączkowskim, Januszem Sroczyńskim, Janiszewskim, Świdzińskim, z którym często kontaktowaliśmy poza szkołą.
Zwłaszcza często bywaliśmy w domu p. Sroczyńskich, gdzie w osobnym pokoiku mieszkali chłopcy, tj. Janusz Sroczyński i przebywający u nich na stancji cioteczni bracia Janusza, Staś, Jaś i Karol Świdzińscy. Dokazywania tam, bicia się poduszkami, bawienia z psem Asem, biegania do położonego za domem niewielkiego sadu, gry w piłkę lub w kiczki, było co niemiara.
Janusz z ojcem swym polował na ptactwo na hrubieszow¬skich łąkach i uczył mnie rozpoznawać ptaki w ogrodzie. Przyjaźń zawarta w Hrubieszowie przetrwała do czasów uniwersyteckich i do końca, ich niestety krótkiego życia.
Janusz ukończył chemię na uniwersytecie krakowskim, ożenił się a po pierwszej wojnie światowej był burmistrzem Hrubieszowa i zmarł wkrótce na panującą wtedy złośliwą formę grypy, zwanej hiszpanką. O Świdzińskim pomówię niżej.
Stosunki pomiędzy kolegami szkolnymi były dobre. Zdarzały się czasem wśród mniejszych kłótnie i sprzeczki, bijatyk wobec rygoru szkolnego prawie nie było.
Starsi czwartoklasiści uważali się prawie za dorosłych i odgrywali powagę wobec malców. U wielu z nich przyczyniała się do tego świadomość, że ukończenie klasy czwartej upoważniało ich do wstąpienia do seminarium duchownego.
Nauka w hrubieszowskim progimnazjum rozpoczynała się, jak we wszystkich gimnazjach rosyjskich, o godz. 9-tej. Stróż, dużym ręcznym dzwonieniem oznajmiał jej początek. Zaczynaliśmy lekcję wspólną modlitwą odmawianą w klasach. Wstawaliśmy z ławek i wy¬znaczony dyżurny, Polak lub Rosjanin, wygłaszał modlitwę po rosyjsku. Do dziś ją pamiętam "-Prebłagij Gospodi! Nisposli nam błagodat ducha Twojewo swiatowo, darstwujuszczewo i ukreplajuszczewo duszewnyja naszi siły daby wnimaja prepedawajemomu nam uczeniju wozrasli my Tiebie naszemu sozdatielu na sławu, carstwu i otieczestwu na polzu, roditielam że naszim na utieszenije. Amin".
Żydzi w tym momencie obowiązani byli stać spokojnie w ław¬kach. Po każdej lekcji była kilkuminutowa przerwa, na dużą pauzę przynosiliśmy z domu bułkę z tradycyjnym serdelkiem lub zimnym mięsem z obiadu, w internacie mieszczącym się obok wychowankowie otrzymywali gorącą herbatę, później wszystkim uczniom sprzedawa¬no herbatę na korytarzu szkoły.
W pierwszej i drugiej klasie, czwarta i piąta godzina lekcji poświęcona była zwykle na łatwiejsze przedmioty: kaligrafia, rysunki, gimnastykę lub religię.
Na gimnastyce ja, jako najmniejszy w klasie, nie maszero¬wałem w szeregu, lecz stojąc na środku placu ćwiczebnego ze wspaniałym wojskowym bębnem - ku swej dumie, wybijałem pałecz¬kami rytm marszu: "ram, tara - ram, ram, tara - ram, ram, tara -ram, ram tam tam". Kończyły frazę trzy silniejsze uderzenia tak¬tu.
Gimnastykę szwedzką wykonywałem wspólnie z innymi.
Stopnie za indywidualne odpowiedzi uczniów wpisywane były do dziennika klasowego a w sobotę klasowy gospodarz wciągał je do dzienniczków uczniowskich, w których uczniowie obowiązani byli wpisywać co dzień zadane lekcje. Co kwartał otrzymywało się cen¬zurę kwartalną, wpisywaną, również do szkolnych dzienniczków. Tam też były adnotacje i stopnie ze sprawowania, uwagi i pil¬ności. Ze sprawowania obowiązywała piątka. Czwórka uchodziła za stopień karny i zagrożenie usunięcia ze szkoły. Ucznia usuniętego ze szkoły z trójką ze sprawowania, nie przyjmowano do żad¬nej innej szkoły.
Co kwartał ustalano na podstawie stopni, kolejność postępów uczniów, od pierwszego do ostatniego. Ja, w pierwszej i drugiej klasie bywałem zwykle trzecim uczniem. Pierwszym był Janiszewski Bohdan, drugim czasem Sroczyński, czasem któryś inny. W klasie trzeciej i czwartej, przy 14 uczniach, byłem trzecim czy czwar¬tym od końca.
W klasie trzeciej zaczynaliśmy naukę obcych jeżyków, do wyboru francuskiego lub niemieckiego. Francuski szedł mi łatwo, gdyż w domu uczono nas jakiś czas konwersacji w tym języku. Niemiecki sprawiał mi trudności i wreszcie na moje naleganie, rodzice zgodzili się, bym przestał się go uczyć.
Pomocy domowej nie miewaliśmy. Dawania korepetycji, tak rozpowszechnionego gdzie indziej, nie było w Hrubieszowie w zwyczaju. W wyjątkowo ustosunkowanych wypadkach, sami nauczycie¬le dawali pewną ilość lekcji. Rzadko się to jednak zdarzało i uchodziło za pewnego rodzaju zamaskowaną łapówkę. Mnie, jak wspominałem, pomagał w opanowaniu łaciny ojciec.
O prowadzeniu lekcji w klasach, można wnosić z opisu za¬chowania się i charakterystyki nauczycieli.
Przed zakończeniem roku szkolnego, odbywała się majówka. Uczniowie ustawieni w czwórki szli pochodem za miasto i na po¬lanie w lesie organizowane były gry i zabawy.
Egzaminy ustne i pisemne, odbywały się w końcu czerwca, poprawki po wakacjach, w pierwszych dniach września.
W internacie szkolnym, w budynku położonym przy dziedzińcu progimnazjum, mieszkali głównie Rosjanie, ale przebywało tam także kilku Polaków, pochodzących z mniej znacznych środowisk, internaty takie były jednym ze środków rusyfikacji naszej młodzieży. Nie wolno tam było rozmawiać po polsku, czytać polskich książek a samo obcowanie i zżycie się z kolegami Rosjanami, miało przepajać mieszkańców internatu Polaków, wpływem rosyjskiej kul¬tury. Chłopcy ci, zwykle na ferie Bożego Narodzenia lub Wielka¬nocy nie wyjeżdżali z Hrubieszowa. Pod pretekstem kultywowania zwyczajów religijnych, byli zabierani na czas tych ferii do pol¬skich domów. Oczywiście chodziło głównie o przeciwdziałanie wpływom, rusyfikacyjnym internatu.
U nas zwykle przebywał podczas świąt, pochodzący z Urzę¬dowa Lubelskiego Janek Sadowski.
Gdy był w pierwszej klasie, zdarzyła mu się u nas niemiła, nocna przygoda. Sypiał na sofce w jadalnym pokoju. Po obfitej wilii i nie bez udziału pewnej dozy łakomstwa z jego strony, z sofki w jadalnym pokoju trzeba było rano zmieniać bieliznę. Gdy matka moja strofowała go i wstydziła za .takie zachowanie się, Janek z najlepszą miną mazurząc z chłopska wytłumaczył: „- To nic proszę pani, to zwykle tak bywa po świętach".
Janek wstąpił po ukończeniu czterech klas do seminarium duchownego i kiedyś później, już jako ksiądz, odwiedził mnie w Zakopanem. Zdradzał wtedy zapędy romansowe.
Do hrubieszowskiego progimnazjum wstępowali często chłopcy przeznaczeni z góry do seminarium duchownego. Po tym taki smarkacz po 4 - 5 latach pobytu w seminarium wychodził jako ksiądz i niedojrzały, nie znając ani życia, ani siebie, zostawał kapłanem, który miał odgrywać role duchownego przewodnika swych parafian. Cóż więc dziwnego, że tak czysto nie dorastali oni do swych zadań.
Przy tym, zwykle zdolniejsi chłopcy, kształcili się, dalej w gimnazjach, a właśnie mniej zdolni, słabsi lub bardziej bier¬ni, szli do seminariów duchownych zgodnie z wolą rodziców.
Zwyczaj przeznaczania jednego z synów do zawodu i kariery duchownej, był rozpowszechniony zwłaszcza w rodzinach chłopskich. Rezultatem było wiele księży nieodpowiednich, którzy minęli się ze swym powołaniem, wyrazem tych stosunków, było w Siedlcach złośliwa i dowcipna odpowiedź Pawełka Wolfkego, ucznia piątej
czy szóstej klasy, który na pytanie ubolewającego nad jego postępami w nauce księdza Dubiszewskiego:
- No i cóż z ciebie będzie Pawełku, co z ciebie będzie?
odpowiedział:
-A no cóż, proszę księdza? W najgorszym razie pójdę na księdza."
Istotnie wielu z moich hrubieszowskich kolegów po ukończeniu czterech klas przywdziewało sukienką duchowną. Poszedł do seminarium spokojny i słaby uczeń Czamarski, jeden z najstarszych naszych kolegów, który w klasie czwartej trzy lata popasał a i w poprzednich klasach bywał drugorocznym. Poszedł takie starszy chłopak Romek Żmudzki. Obaj wstąpili do lubelskiego seminarium i obaj byli później zwolennikami mariawityzmu i mariawickimi księżami /x.
Po powrocie z lekcji i po obiedzie, hrubieszowska młodzież zużywała czas na odrabianie lekcji i na zabawy. Lekcje odrabialiśmy zwykle sami, wkuwając zadane wiersze, słówka łacińskie, greckie lub francuskie, wypracowując w zeszytach ćwi¬czenia rosyjskie i mozoląc się nad zadaniami arytmetycznymi.
W godzinach wolnych od zajęć spotykaliśmy się czysto na różnych zabawach. Lubiliśmy np. grę w kiczki. Brało w niej udział dwu do czterech chłopców, W płytkim skośnym dołku w ziemi ukła¬dało się wystający nieco kijek, tzw. "kiczkę". Uderzeniem palanta wybijało się ją w górę i w tym momencie podbijało palantem na jak największą odległość. Gdy przeciwnik złapał "kiczkę" w powietrzu, szedł do podbijania, gdy nieuchwycona w powietrzu upadła na ziemię, zbijał nią położony na dołku palant. Gra wymagała pewnej zręczności i wprawy, była jednak o tyle niebez¬pieczna, że chwytana w powietrzu kiczka, biła czasem boleśnie w palce, ryzyko podbicia czy nawet wybicia oka istniało także. Nam nigdy nie zdarzył się podobny wypadek.
Odmianą tej gry, była gra w szpaka", w której zamiast kiczki, używało się krótszego kołeczka zaostrzonego z obu stron stożkowato, co dawało możność do podbijania go jak kiczkę z każdego miejsca, bez potrzeby wykopywania dołku.
W zwykły palant z piłką grywaliśmy bardzo rzadko, bo gra ta wymagała więcej miejsca i większej liczby uczestników. Cza¬sem uprawiano ją na dziedzińcu gimnazjalnym.
Ulubioną naszą rozrywką było zbieranie marek pocztowych. Uczyliśmy się przy tym nazw geograficznych, wzbudzali zaintere¬sowania geograficzne i dokonywali miedzy sobą wymiany.
Często uprawianą chociaż grą, zakazaną, była gra w stalówki. Przez odpowiednie naciśnięcie własną stalówką, należało przewró¬cić stalówkę przeciwnika grzbietem w dół a przez powtórny nacisk doprowadzić ją na powrót do wyjściowego położenia. Gdy się to udało, stalówka stawała się własnością. Miewaliśmy wiec zapasy stalówek i ogrywaliśmy się wzajemnie.
W zimie, uprawialiśmy z zapałem łyżwiarstwo.
W 1899 r., ojciec mój rozpoczął budowę domu przy krótkiej, ślepej uliczce, biegnącej tuż ze soborem. Dom piętrowy, murowany, obliczony był na cztery obszerne mieszkania, po dwa na parterze i piętrze. Prócz głównego budynku, budowano od razu drew¬nianą oficynę, położoną w tyle dziedzińca. Plac kupił ojciec od rodziny Patkowskich, z których synem
------------------------------------------
x/ Mariawici, sekta katolicka założona w r. 1893 przez tercjarkę Felicję Kozłowską w Płocku. Rozwiązana przez Kongregację Inkwizycji w 1904 r., potępiona w 1906 r. Po pierwszej wojnie światowej uległa osłabieniu wskutek rozłamów. Mała Encykl. Powsz. PWN.


Józiem, bawiliśmy się jako dzieci. Później Józio został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znanym fizykiem, którego zabiegami i staraniem wzniesio¬ny zastał w Krakowie gmach Collegium Physicum, obok Coll. Novum na terenie dawnego ogródka botanicznego, gdzie jeszcze jako stu¬dent rolnictwa uczyłem się w r. 1905 poznawać i oznaczać trawy i inne zioła, przed egzaminem z botaniki u prof. Janczewskiego.
Domek państwa Patkowskich został rozebrany i rozpoczęto budowę. Mnie, budowa ta niezmiernie zaciekawiła, przyglądałem się uważnie wszelkim robotom murarskim, ciesielskim i stolarskim, łaziłem po rusztowaniach i bardzo mi się ta praca podobała.
Ojciec miał przy tej budowie wiele kłopotów i trudności. Niepunktualność w dostarczaniu materiałów budowlanych, licha ich jakość a wreszcie nieoczekiwane przeszkody przy kopaniu fundamen¬tów, były tego przyczyną. Okazało się bowiem, że na terenie budowy musiało kiedyś istnieć bagno lub jakiś zbiornik wody, sadzawka lub jeziorko, bo nie można było dokopać się do twardego gruntu. Obecnie przychodzi mi na myśl, że zbiornik ten mógł mieć związek z systemem nawadniania fos, okalających średniowieczny zamek hrubieszowski, który istniał tutaj w XIV - XV. w. na terenie późniejszego budynku mieszczącego apteki p. Du Chateau.
W rezultacie, fundament trzeba było zakładać na nieprze¬widzianej głębokości kilku metrów w postaci sklepionych arkad, na głębokich murowanych filarach. Zwiększyło to znacznie koszt budowy i przysporzyło sporo zmartwień ojcu. Widzieliśmy, że ta budowa męczy go fizycznie i wyczerpuje nerwowo i być może przyczyniła się do późniejszej a tak niedalekiej katastrofy.
W 1900 roku spotkało naszą rodzino wielkie nieszczęście. Dnia 10 maja zmarł mój ojciec, zaraziwszy się tyfusem od chorego pacjenta, dobrego znajomego i mego przyjaciela Zygmunta Sokołowskiego, praktykanta w składzie aptecznym Sieniewicza.
Sióstr nie było wtedy w domu. Mnie na parę dni przed tym przeniesiono do państwa Sroczyńskich. Zdaję sobie dziś sprawę z tego, że nie potrafiłem wtedy należycie ocenić ani tragedii śmierci człowieka będącego w pełni sił; ojciec zmarł mając 52 lata, ani wielkości straty jaką ponieśliśmy. Kończyłem wtedy 14 lat i widocznie sfera uczuciowa nie była jeszcze w pełni rozwinięta, uczucie dojmującego, protestującego bólu nie opanowało wtedy mojej świadomości.
Gdy zawiadomiono mnie rano przy śniadaniu o stracie jaką poniosłem, płakałem, zalewałem się łzami i pamiętam, że próbowałem zjeść cytrynę podaną mi do herbaty, wraz ze skórką, ale zdawałem sobie sprawo, że czynię to, by okazać swój ból, była to więc w tym pewna doza pozy.
Matkę naszą śmierć ojca załamała zupełnie. Rozpacz jej była niezwykła. Nie była w stanie opanować swych łez i skarg na krzywdę losu. Każdą rozmowę, z każdym, nawet przygodnie spotkanym znajomym czy interesantem, kończyła płaczem i narzekaniami. Stało się to jej psychiczną potrzebą, wytworzył się w jej zachowaniu jakby kult cierpienia, jakby chciała podkreślić tym i udowodnić swą wielką miłość i przywiązanie do zmarłego.
Stwarzało to w otoczeniu atmosferę przygnębienia i żałoby. Niewątpliwie źle wpływało na nerwowość dzieci i w rezultacie zamiast współczucia, wywoływało rodzaj rozdrażnienia i niechęci do łez i płaczu.
Nie było jednak na to żadnej rady i takie usposobienie matki trwała latami; wprawdzie po kilku latach, po wyjeździe z Hrubieszowa, matka opanowała wreszcie swoje nerwy i doszła do pewnej równowagi, ale do końca jej życia, czyli do 1930 r. z jej twarzy nie zniknął wyraz cierpienia i zadumy i nigdy wesoły uśmiech nic rozpromienił jej oblicza.
Zmarła w Poznaniu 21 grudnia 1930 r. w wieku 70 lat; prze¬żyła więc ojca o 30 lat.
Rok śmierci mojego ojca, był rokiem ukończenia przeze mnie hrubieszowskiego progimnazjum. Musiałem więc, chcąc kontynuo¬wać szkołę średnią, przenieść się do miasta posiadającego pełne gimnazjum. Wybór padł na Siedlce, a to ze względu, że prefektem był tam ksiądz Adam Dubiszewski, wychowanek rodziców, a jego siostra - Ewelina, która dotychczas prowadziła tam zakład fo¬tograficzny, zwijała go i zamierzała otworzyć stancją dla uczniów. Miałem więc w Siedlcach zapewnioną opiekę w szkole i rozwiązaną sprawę mieszkania.

 

dodane 11.styczeń.2006 - przepisali Alicja i Leszek Wiśniewscy