Pamiętniki te dostałem od pana Zygmunta Drewnika,

są to publikacje umieszczone w Biuletynach TRH sprzed kilkudziesięciu lat

zachęcam do lektury - Michał Miścior


 

Konstanty M.M. Stecki

P A M I Ę T N I K I

 

Część III.

Dom i rodzina.


Ojciec mój urodził się l listopada 1847 r.. Był lekarzem w Hrubieszowie. Pochodził z niezamożnej rodziny oficjalistów dworskich. Ojciec jego a mój dziadek, Jan, syn Wawrzyńca, urodzony w 1805 r., w późniejszym wieku posiadał podmiejski domek w Lublinie na przedmieściu Środa, gdzie jako mieszczanin lubelski zamieszkiwał ze swą żoną Teklą z domu Białoskórską. Mieli ośmioro dzieci: sześciu synów - Ignacego, Adama, Stanisława, Konstantego - mojego. ojca, Antoniego, Władysława i dwie młodsze córki, Michalinę /1° v. za Tomaszem Choińckim, 2° v. za Władysławem Tarachem/ i Eleonorę.
Dziadek Jan odznaczał się zdrowiem i długowiecznością. Zmarł po owdowieniu, mieszkając u moich rodziców w Hrubieszowie 24 sierpnia 1903 r. w wieku 90 lat i nigdy przed tym nie był niedołężnym czy schorowanym. Do ostatnich tygodni życia był zupełnie normalnym, chodził, sam się ubierał, słał sobie łóżko, szedł z do¬mu do kościoła czy na przechadzkę, czytał gazetę lub książkę do nabożeństwa, w której wiecznie podklejał i zeszywał rozlatującą się oprawę. Często, siedząc w ganeczku naszego domu, kazał mi czytać gazetę, interesowały go zwłaszcza wypadki wojny boerskiej. Chorował w ostatnich dniach życia zaledwie dziesięć dni, na prze¬rost prostaty. Po nim zapewne odziedziczyli liczni członkowie rodziny Steckich zdrowie i zachowywanie sił żywotnych do późnego wieku.
Dziadek był despotyczny, dzieci wychowywał w posłuszeństwie i w miarę możliwości kształcił. Ojca mego przeznaczył do stanu du¬chownego i gdy po ukończeniu 4-ch klas gimnazjalnych, a z takimi kwalifikacjami przyjmowano wtedy do seminariów duchownych, ojciec mój oświadczał, że do seminarium nie wstąpi, a chce kończyć pełne gimnazjum i myśli o medycynie, dziadek rozgniewał się i by zmusić syna do posłuszeństwa, odmówił dalszej pomocy w nauce i zagroził usunięciem z domu. Wtedy ojciec mój opuścił dom rodziców i o włas¬nych siłach, utrzymując się z korepetycji, ukończył gimnazjum w Lublinie i w dalszym ciągu, zdany jedynie na własną pracę, studio¬wał i ukończył medycynę na uniwersytecie warszawskim. Głód i chłód dawały mu się często w czasie studiów we znaki. Stołował się w stołówce dla ubogich w Towarzystwie Dobroczynności w Warszawie, w domu istniejącym do dzisiaj na Krakowskim Przedmieściu, na którego frontonie widnieje napis: „Res sacra miser” /ubogi jest rzeczą świętą/. Napis ten, gdy jako dziecko byłem z matką w warszawie, pokazywała mi ona, opowiadając z dumą, o wytrwałości i o losach ojca, wpajając poglądy demokratyczne.
Nędzne warunki w czasie studiów odbiły się na zdrowiu ojca i przy końcu pobytu w Warszawie zapadł na chorobę płucną, która jednak w warunkach hrubieszowskich minęła i ojciec nigdy później na gruźlicę nie chorował.
Po ukończeniu medycyny, ojciec osiadł jako lekarz wolno praktykujący w Hrubieszowie, gdzie wkrótce uzyskał stanowisko or¬dynatora szpitalnego a później lekarza gimnazjalnego. W Hrubieszo¬wie przebywał aż do śmierci, t j. do roku 1900. Poza wyjazdami do pacjentów w bliższej lub dalszej okolicy, ojciec wyjeżdżał z Hru¬bieszowa bardzo rzadko, czasem do Lublina lub Warszawy.
W czasie studiów w Warszawie, ojciec mieszkał jakiś czas u pani Głowackiej, macochy Bolesława Prusa. Niewątpliwie z tych czasów pochodziło przejecie się jego ideami i hasłami pozytywizmu, które przez całe swe życie starał się realizować. Spotykał się i przyjaźnił w domu pani Głowackiej ze starszym od niego o dwa lata Aleksandrem /Bolesławem Prusem/, z którym , zwyczajem młodzieży, często zapewne gorąco dyskutowali o losach Polski. Prus brał przed tym udział w powstaniu i po załamaniu się nadziei na wyzwo¬lenie Polski z niewoli z bronią w ręku, młodzi szukali innych dróg dla ratowania polskości i Ojczyzny. Rodziła się wtedy ideologia, pozytywizmu, którego Prus był obok A. Świętochowskiego, P. Chmielowskiego, Asnyka, Konopnickiej i Orzeszkowej, jednym z najwybit¬niejszych przedstawicieli. Pozytywizm zrywał z tradycjami roman¬tyzmu, z hasłami powstańczymi i formułował zasady „pracy organicz¬nej”, polegającej na gospodarczym i kulturalnym podnoszeniu kraju, głosił szerzenie oświaty, zwalczanie analfabetyzmu, poszanowanie dla nauki, propagował hasła demokratyczne.
Były to czasy silnego ucisku narodowościowego. Pięknie scha¬rakteryzowała je w swoich wspomnieniach moja siostra Maria. Przytoczę tu fragmenty jej opowiadania.
„Były to czasy, gdy mieszkało się w „Prywislimskim Kraju”, nie tylko bowiem słowo Polska, ale nawet nazwa Królestwa Kongre¬sowego nie miała oficjalnego kursu, czasy, gdy szło się do więzie¬nia za posiadanie szpilki czy broszki z orzełkiem polskim, a za włożenie do rąk polskiego dziecka polskiego elementarza groziło zesłanie w głąb Rosji; gdy cenzor w pisemku dla dzieci skreślał w pseudonimie „Mała Laszka” i „Polska Dzieweczka” wyrazy „Laszka” i „polska” , jako zbyt wyraźnie mówiące o polskości. Nic dziwnego, że obrona polskości, była główną sprawą naszego pokole¬nia, że tworzyła charakterystyczną cechę życia owych, czasów”.
„Polskość każdego pokolenia wyglądała nieco inaczej, jest co raz inna, chociaż wciąż ta sama. Nie umiera bowiem ze śmiercią każdego pokolenia, lecz rodzi się z każdym pokoleniem na nowo. Polskość owych czasów, usunięta z życia politycznego, zamykała się w życiu rodzinnym, mogła znajdować wyraz tylko w prywatnych usiłowaniach jednostek. Wagę tych prywatnych prac i usiłowań, podkreślał i głosił pozytywizm. Głosił, że Polskę buduje się co dzień. Buduje ją każdy nasz pozytywny czyn, wzmocnienie każdej komórki narodowego życia, każda włożona w rękę dziecka książka, każde dobre uczucie wpojone w czyjąś duszę, każde ludzkie życie wydarte śmierci, każda zbudowana czy naprawiona szosa, każdy na¬wet grosz oszczędzony, stwarzający kapitał jednostki, a będący kapitałem narodu”.
„Ojciec nasz przez całe życie usiłował wcielać w czyn zasa¬dy pozytywizmu. To wszystko, co czynił dla ludzi, to była jedno¬cześnie praca dla Polski. W myśl tych zasad pozytywizmu, brał ojciec udział w najrozmaitszych ludzkich sprawach życiowych. Ma¬terialną pomocą umożliwiał ludziom stwarzanie warsztatów pracy. Na kasę pożyczkowo - oszczędnościową, o którą się, usilnie starał, rząd carski nie dawał pozwolenia, ojciec wyciągał zatem rzemieśl¬ników i mieszczan z lichwiarskich długów, udzielając im często bezprocentowych pożyczek lub dawanych na bardzo niski procent.
Na usługi ludziom stała nasza biblioteka, jedyne poza pracą zawodową osobiste zamiłowanie i przywiązanie ojca. Pamiętam jak cieszył się, gdy mąż naszej służącej, właściciel paru morgów gruntu, założył u siebie z pomocą ojca pierwszą w Hrubieszowie, prywatną chłopską biblioteczkę. Był to w owych czasach istotnie niezwykły ewenement. Macierzy Szkolnej jeszcze wówczas nie było. Pamiętam również te stosy książeczek ludowych, które zjawiały się naraz w naszym domu i znikały gdzieś, zanim zdołałam którąś z nich uzyskać i przeczytać”.
„Życzliwość i uczynność dla ludzi, to nie tylko odruchy dobrego serca lub spełnienie przykazania miłości bliźniego, to było w rozumieniu ówczesnego społeczeństwa budowanie społecznych wiązadeł, to wytwarzanie związków, bez których społeczeństwo stanie się jak rozsypujące się ziarna piasku, to zaciskanie obręczy, która spoić ma naród. Tak pojmował to ojciec i tak pojmowała to matka”.
„Rodzice kierowali się całe życie tymi zasadami, wypełniając program pozytywizmu w sobie właściwy, a zawsze wartościowy sposób.
Z domu swego stworzyli ognisko, emanujące siłę duchową i polskość tak mocno, że ludzie którzy się,. z nimi stykali, mieli czysto wrażenie, że zetknęli się z czymś niezwykłym. Program po¬zytywizmu wydaje się nam dzisiaj może czymś nikłym, ludzie tam¬tego pokolenia nie mogli jednak czynić więcej, bo nie pozwalały na to polityczne stosunki. Gdyby jednak nie ten, nie wystarczający dla innych czasów, ale wówczas jedynie możliwy program, nie czulibyśmy tak wyraźnie ciągłości wysiłków, jakie każde pokolenie wkładało w sprawy budowania Polski. I gdyby ludzie z epoki pozy¬tywizmu nie ciułali swych groszy z myślą o Polsce, nie mielibyśmy wielu wkładów w społeczne dobro, wielu instytucji, które powsta¬ły nie raz dzięki tym uciułanym groszom, pociągając także i kalety bogaczy i otwierając ich zawartość”.
Czemu ojciec po skończeniu medycyny osiadł w Hrubieszowie?
Niewątpliwie starał się znaleźć miejscowość, gdzie obsada lekarzami nie była dostateczna. W Hrubieszowie liczącym wtedy 10000 ludności, było już wtedy jednak trzech lekarzy /Łaniewski, Krajewski i Golakowski/. Może wpłynęły na decyzją wyboru Hrubie¬szowa rozmowy z Prusem, który - jak wiemy, urodził się w Hrubie¬szowie i pochodził z najbliższej jego okolicy; może on zwrócił uwagę ojca na potrzeby wzmocnienie elementu polskiego w tym trenie unickim, zagrożonym walką narodowościową.
Rodzice moi odznaczali sio bardzo silnie rozwiniętym patrio¬tyzmem i poczuciem solidarności narodowej. Niewątpliwie oddzia¬łały tu warunki, w jakich się wychowywali i wyrośli. Oboje dobrze pamiętali powstanie 1869r. i przeżywali okres popowstaniowego ucisku. Ojciec, borykając się i sam zdobywając wykształcenie, miał bar¬dzo silnie zakorzenioną potrzebę pomagania w zdobywaniu nauki każdemu wchodzącemu w życie o własnych siłach.
Przebywając w terenie walki narodowościowej, ucisku unitów i wypierania inteligencji polskiej, oboje rodzice rozumieli ko¬nieczność obrony polskości, popierania życia kulturalnego inteligencji polskiej i bronienia każdej jednostki od wynarodowienia.
Niewątpliwie działało tu ogólne prawo i zjawisko socjologiczne, polegające na tym, że każda grupa ludzka, której życiowe podstawy są zagrożone przez inną, grupę silniejszą, każda mniejszość narodowa. wykształciła wśród swoich członków poczucie silnej więzi solidarności oraz konieczność wzajemnej pomocy w obronie swych żywotnych spraw życiowych. W ten sposób należy sobie tłumaczyć niezwykłą solidarność, jaką odznaczają się Żydzi w stosunkach. z innymi narodowościami, traktowanymi przez nich pogar¬dliwie, jako „goje”. Stąd zapewne powstało u Piłsudskiego przekonanie, że w Polsce wartościowi ludzie pojawiają się tylko na pogranicznych terenach, w przeciwstawieniu do Polski środkowej. Określał on, że ”Polska jest jak obwarzanek, dookoła treść a w środku dziura”.
W pogranicznych dzielnicach, gdzie trwała walka z naporem sąsiadów, wyrabiają się istotnie silne, wartościowe i ofiarne charaktery. Podobnie i na terenie Chełmszczyzny i Hrubieszowszczyzny, a takie na kresach wschodnich, skąd pochodziła moja matka, wyrobiło się poczucie solidarności narodowej polskiej, wobec nacisku rusyfikacji.
Matka pochodziła z kresowej ziemiańskiej rodziny Ponikwickich. Była córką Józefa /syna Tadeusza ze Szczytnik i Franciszki Tołłoczkówny/. Urodziła się w Starodworach w gubernii Grodzieńskiej, powiecie Lidzkim z drugiej żony Józefa, Pauliny z Machwiców, rodziny wywodzącej się ze Szwecji.
Rodzice matki mieli w powiecie brzeskim majątek ziemski Klukowicze położony niedaleko Wysokiego Litewskiego, o 3 mile od Bugu. Był to majątek odziedziczony przez dziadka po pierwszej jego żonie Włodkównie.
Rodzina Ponikwickich miała szerokie koligacje i spokrewnio¬na była z licznymi sąsiedzkimi domami obywatelskimi. Rodziny te utrzymywały ze sobą bliskie kontakty i ceniły oraz obserwowały - ówczesnym zwyczajem, stosunki pokrewieństwa. Były to sfery gorąco przywiązane do polskości i odznaczające się żywymi uczuciami patriotyzmu. Świadczy o tym udział wielu krewnych matki w powstaniu 1863r., które matka dobrze pamiętała i o którym nam dzieciom często opowiadała. Świadczą zaś przede wszystkim liczne ofiary, kary i konfiskaty majątków, które tak wielu krewnych matki poniosło, za udział w powstaniu.
Matka wychowywała nas w duchu narodowym i patriotycznym, w kulcie dla zrywów niepodległościowych. Wśród ulubionych opowiadań matki, których wysłuchiwaliśmy zwykłe w szarej godzinie, najliczniejsze dotyczyły powstania.
To o Kostusiu Śnieżko /cytuję te opowiadania z notatek siostry no jej Marii/, gdy sztab Nostitza w powrotnej drodze spod Siemiatycz po rozbiciu partii Rogińskiego zatrzymał się w majątku Śnieżków - Dołbiźnie i zabity został dziadek Kostusia, staruszek Śnieżko i kucharz miejscowy, dwór spalony a 12-letni Kostuś, ukryty pod mostem w ogrodzie ocalał, skąd nazajutrz zabrano go do domu dziadków do Klukowicz; to jak siostrę matki, Faustynę, ostrzegały przebiegające w popłochu kobiety ze wsi, że „Moskały idut” i jak Faustyna wsypała im do fartucha całą szufladę świeżo uszytych czapek powstańczych i kobiety przechowały je we wsi; to jak Kozacy szukali po całym dworze powstańców, z których jeden ukrywał się w stajni w sianie a drugi w dworskiej kaplicy; to jak młodsza przyrodnia siostra matki Melunia, przebywająca z rodzicami w wiezieniu /gdy dziadkom skonfiskowano majątek i jakiś czas przed zesłaniem w głąb Rosji do Niżnego Nowogrodu więziono w twierdzy brzeskiej/, chodziła swobodnie po korytarzach i służyła uwięzionym do przesyłania sobie nawzajem wiadomości i jak zapytana przez oficera żandarmów, co też mówił jej do uszka jeden z uwięzionych, odrzekła mu bez namysłu: „Mówił, że ty durak”; to znowu o tym wuju matki Władysławie Małachowskim, na którego głowę Murawiew naznaczył cenę, a który uciekł z Petersburga ukryty w zwojach żagla na maszcie i znalazłszy się już w bezpiecznym miejscu za granicą dał wyraz swej fantazji, wysyłając do Murawiewa depesze, że jest zdrów i cały i że się mu kłania; to o drugim Tytusie Pusłowskim, którego spotkał w lesie i zaaresztował jenerał Nostitz, gdy wuj wiózł powstańcom do partii broń i który wieziony na jeneralskiej bryczce do wiezienia tak bawił jenerała przez drogę anegdotami, że dygnitarz rosyjski zdu¬miony zwrócił mu uwagę , by tak nie żartował, bo przecież on może kazać go powiesić.
- Och jenerale! - odpowiedział nie tracąc humoru i rezonu nasz wuj, to tylko w pierwszej chwili jest przykre, potem gdy się człowiek przyzwyczai, to wisi jakby nigdy nic”.
Po aresztowaniu dziadków, matkę naszą i jej rodzeństwo za¬brała do siebie jej ciotka, po aresztowaniu której, całą gromadkę zwiększoną o dzieci, zwiększoną o córeczki ciotki, któraś stryjenka. Całe dzieciństwo i młodość mojej matki upłynęły u osób z rodziny, u różnych ciotek i stryjenek, które były dla niej często bardzo dobre, ale nie miała ona w młodości własnego domu.
Na podstawie tych opowiadań i tradycji rodzinnej, częściowo zaczerpniętej z ust naszej kuzynki Runi /Rozalii/ Tołłoczkowej /wdowie po chemiku, profesorze Uniwersytetu Lwowskiego - Stanisławie/, siostra moja Maria zestawiła spis ofiar i kar, które za udział w powstaniu 1863 r. poniosła rodzina mojej matki.
Z najbliższej rodziny mojego dziadka Ponikwickiego, oprócz niego, jego żony i syna, dalszych 15 osób poniosło kary za pow¬stanie. Rodzony brat dziadka, Feliks Ponikwicki, który za sprawę Rohra w 46 roku zesłany był do Wiatki, teraz po 1863 r. skazany został na zesłanie do gubernii Ołonieckiej. Z pięciu zamożnych sióstr jedna Franciszka Czarnocka, właścicielka majątku Szumin w pow. brzesko - litewskim była aresztowaną i przebyła kilka miesię¬cy w więzieniu w Brześciu; mąż drugiej - Antoni Jaskłowski, zos¬tał zesłany do Rosji; syn jej Karol Jaskłowski i narzeczony cór¬ki - Jan Wańkowicz, skazani na karę śmierci, dwaj synowie trzeciej, Edward i Aleksander Wysoccy, skazani na zesłanie; syn czwartej, Feliks Zienkowicz, skazany na śmierć, syn piątej - Tytus Pusłowski, na zesłanie; cioteczny brat dziadka Jan Tołłoczko oraz mąż ciotecznej siostry - Władysław. Małachowski, również na zesłanie; mąż i syn drugiej ciotecznej siostry, Jerzy Gażycz i Witold Gażycz, zesłani na ciężkie roboty.
Z wyroków. śmierci wydanych na pięciu młodych ludzi żaden nie został wykonany. Syn dziadka a mój rodzony wuj, Feliks Ponikwicki wydostał się z wiezienia dzięki przypadkowi, podobień¬stwo do niedawno wtedy zmarłego syna naczelnika wiezienia i pozyskanej stąd jego sympatii; wrócił do powstania i walczył do jego końca w innej partii. Trzem jego kuzynom udało się uciec za granice /Karolowi Jaskłowskiemu, Janowi Wańkowiczowi i Władysławowi Małachowskiemu/. Czwartemu. /Feliksowi Zienkowiczowi/ zamie¬niono karę śmierci na 20 lat ciężkich robót i dożywotnie osied¬lenie na Syberii, z której jednak w r. 1882 powrócił. Natomiast z zesłanych do Rosji dwóch zmarło w drodze /Edward Wysocki i Witold Gażycz/, trzeci odebrał sobie życie z tęsknoty za krajem /Antoni Jaskłowski/ w Tobolsku, dokąd był zesłany.
Osiem majątków należących do osób z rodziny zostało skonfiskowanych były to: Zaburie Tołłoczków, Klukowicze Józefa Ponikwickiego i Planta jego żony, Mokre Zienkowiczów, Zubacze Pusłowskich, Irlandka Jaskłowskich.- wszystkie w powiecie brzeskiem, Podbiała Małachowskich w pow. prużańskim i część majątku przypadającego na Jana Wańkowicza z gub. mińskiej.
„Jak na jedną rodzinę i jedno pokolenie był to plon, jeśli plonem można nazwać ofiarność, która przyniosła tyle strat, bardzo duży”.
Całe dzieciństwo i młodość mojej matki, gdy dziadkowie byli na zesłaniu, upłynęło na tułaniu się po domach licznych ciotek. Gdy dorosła, krewni wciąż starali się wydać ubogą dziewczyny za mąż i byli bardzo niezadowoleni, gdy matka odrzucała propozycje szeregu nie podobających się jej, czysto starych i niemiłych adoratorów. Uznawała małżeństwo tylko ze szczerej miłości. Chcąc znaleźć jakieś stałe oparcie w rodzinie, przez kilka lat miesz¬kała w Brześciu a po tym w Wiaźmie razem z bratem Feliksem, który pracował w kolejnictwie i ożeniwszy się wcześnie owdowiał. Tam opiekowała się dwoma jego córkami, Polą i Marusią.
Wkrótce po tym, będąc na ślubie swej przyrodniej siostry Melanii, która wychodziła za Marcelego Żulińskiego /krewnego członka powstańczego rządu narodowego/, poznała naszego ojca, który jako lekarz praktykował wtedy w Hrubieszowie i wyszła za niego za mąż 26 lutego 1878 r.
Matka, poza pewną znajomością języka francuskiego, nie po¬siadała żadnego wykształcenia, ale będąc zdolną, obdarzona świetną pamięcią, sporo czytała i wychowywała się na literaturze ro¬mantycznej. Wieczorami o szarej godzinie, z pamięci, położywszy się na .łóżku i mając nas przy sobie, deklamowała wiersze: Powrót taty, Trzech budrysów, Ojciec zadżumionych, Parys, Duma o hetmanie, Czaty, Przyszła kryska na Matyska, Paweł i Gaweł, Trzy palmy, Korale /”Gdym z Kozaki szedł na boje...”/ i tp. Są to najmilsze, niezapomniane wspomnienia nasze z dziecinnych przeżyć.
Matka była osobą bardzo uczuciową, może nawet nieco egzaltowaną. Lubiła opowiadać nam o swej młodości, o przejściach i przygodach. Opowiadania jej cechował zawsze żywy uczuciowy stosunek opowiadającej do treści przedstawianych wypadków. Dlatego były te opowiadania tak barwne i zajmujące. Opowiadała, jak w zimie, w Mińszczyźnie i w powiecie brzeskim jeżdżono sanną od dworu do dworu w asyście konnych jeźdźców z pochodniami by odstraszyć wilki; opowiadała gdzie i jak u wspólnych znajomych poznała naszego ojca i jak prędko zorientowała się w jego i swym uczuciu. Ojca kochała bałwochwalczo i chciała w nas wpoić gorącą miłość i uwielbienie dla niego. Mnie raz wieczorem, gdy ojciec leżał już w łóżku i przed zaśnięciem czytał „Gazetę Polską”, kazała całować go w nogi co - wspominając, uważam za zły chwyt peda¬gogiczny.
Żyli ze sobą rodzice bardzo dobrze, nigdy nie było sprzeczek czy kłótni. Oboje pracowici, skromni i oszczędni, dopasowali się do siebie doskonale. Także pod względem fizycznym stanowili dobraną parę. Ojciec brunet, nieco wyższy od żony, nosił brodę i wąsy, miał wyraz pogodny i spokojny, całą swą energię i czas poświęcał pracy zawodowej. Osobiste swe potrzeby ograniczał do minimum, jedynie trochę palił i z zamiłowaniem gromadził książki. Matka, jasna blondynka o niezmiernie białej karnacji, dość żywa, zapobiegliwa, gospodarna i oszczędna aż do drobiazgowości.
Matka była bardzo religijna i głęboko wierząca. W niedziele i święta prowadziła nas stale do kościoła. Na apel gorliwego proboszcza społecznika, podobnie jak inne panie z inteligencji, w niedziele na sumie zbierała na tacę. A w kościele zawsze bywa¬ło wtedy pełno i tłoczno i trudno było się przepchać przez ciżbę ludzką.
Natomiast ojciec pobożnością się nie odznaczał. Poza przymusowymi bytnościami w kościele na galówkach, na które jako le¬karz gimnazjalny i szpitalny był obowiązany uczęszczać, nie cho¬dził do kościoła. Również nie zdarzyło mi się zaobserwować, by kiedykolwiek spowiadał się. Przypuszczam, że nie był wierzącym katolikiem, a w każdym razie nie był praktykującym parafianinem. Matka starała się to ukrywać przed nami i gdy wyjeżdżał do Lub¬lina czy Warszawy, co zresztą zdarzało się bardzo rzadko, mówiła nam, że ojciec tam odbywa spowiedź.
Matka ubierała się skromnie. Na wizyty i od święta nosiła ówczesnym zwyczajem gorset i tiurniurę i wzbogacała swą koafiurę sztuczny warkocz, sporządzony z własnych wyczesanych mimo, że z natury posiadała włosy obfite i długie do pasa.
W domu matka zajmowała się porządkami, ścierała kurze, pod¬lewała kwiaty doniczkowe, które troskliwie pielęgnowała, dyspo¬nowała obiad i trochę pomagała służącej, gotowała kompoty, smażyła konfitury , prowadziła rachunki domowe, zajmowała się nami, troj¬giem dzieci, ucząc nas czytać i pisać; po południu i wieczorami. szyła i porządkowała garderobę, cerowała i robiła na drutach skarpetki. W niedziele czytała, chodziła z nami na spacery czy to do młyna parowego do państwa Romów, domu mego ojca chrzest¬nego, buchaltera w młynie, czy do kapliczki przy drodze chełm¬skiej, czy na łąki pod Sławęcinem.
Latem, codziennie prowadziła nas przed śniadaniem, o 8 rano, do kąpieli w Huczwie. Matka ubrana tylko w szlafrok z parasolką w ręku, my na bosaka, maszerowaliśmy po schodach, wiodących w dół urwistego brzegu lessowego ze wzgórza, na którym stał nasz dom, ku dolinie rzeczki, gdzie zażywaliśmy kąpieli.
Mieliśmy wybrane miejsca, zwykle w ogródku znajomych miesz¬czan, często np. u Bondarewiczów przy północnej odnodze Huczwy. Kąpaliśmy się na odkrytym miejscu, łazienki u Bondarewiczów nie było. Matka i dziewczynki jak zwyczaj kazał, wkładały do kąpieli specjalne kostiumy, ja, najmłodszy, zupełnie nago. Wcześnie nau¬czyłem się pływać, oczywiście bez żadnego stylu, chlapiąc się „po piesku”. Później kąpiąc się z kolegami, naśladowaliśmy żołnierzy i staraliśmy się pływać „po kozacku”, wyrzucając ręce ponad wodę.
Kąpiąc się przy drodze do Sławęcina, nauczyłem się skakać do, głębokiej wody, rozpędziwszy się po wysokim brzegu. W powiet¬rzu robiłem salto. Spadałem do wody z podkurczonymi nogami, cza¬sem na plecy, co często było nawet bolesne. Chętnie też nurkowałem i przepływałem rzeczkę na drugą stronę. Zapewne od tych czasów pozostało mi do dziś zamiłowanie do wody i mało znam większych przyjemności jak pływanie czy to łódką po jeziorze lub rzece, czy też okrętem po morzu.. Stosunkowo jednak mało w swym życiu zaznałem tych przyjemności.
Matka była bardzo gospodarna, nic w domu nie mogło się zmar¬nować. Gospodarstwa nauczyła się po zamążpójściu i z początku miała wielkie, trudności. Była wszakże wychowana po dworach bardzo niepraktycznie, jako panienka dobrze ułożona. Gdy raz otrzymała od ojca plaster miodu, dar jakiegoś pacjenta, nie wiedziała jak miód oddzielić od wosku. Po naradzie z młodą służącą, równie nie praktyczną, próbowały wygnieść miód z plastra przez płótno, po tym przez durszlak, w rezultacie połowę miodu rozmazały po na¬czyniach i popłakały się obie. Dopiero ojciec zaradził biedzie, gdy przyszedłszy do domu kazał plaster z miodem stopić na ogniu, a wosk sam spłynął na wierzch.
Sztuki kucharskiej nauczyła się matka ze sławnego podręcznika Ćwierciakiewiczowej.
Obiady dysponowała sama. Były zawsze posilne, zdrowe i sma¬czne. Zupy często na śmietanie: barszcz zabielany, pomidorowa, krupnik, szczawiowa, rosół, zacierka, nielubiana przeze mnie kartoflanka i grochówka, boćwinka, w lecie czasem chłodnik. Mięso z jarzyną, kluskami lub kartoflami, pieczone lub gotowane, często był klops, kotlety siekane, pieczeń cielęca, wołowa lub barania, czasem kurczęta lub kura w potrawce, wieprzowiny jadaliśmy bardzo mało, czasem bywały zające. Trzecie danie zwykle mączne: świetne reczuchy z drożdżowego ciasta smażone na maśle, kluski z makiem, pierogi z czarnych jagód obficie polanę śmietaną, jeszcze lepsze pierogi Rosengradtowskie, pieczone w papierach smarowanych masłem, z konfiturami w środku, przy czym zwłaszcza różane wywoływały zachwyt, często kisiele, galaretki lub kompot.
W piątki obowiązywał obiad postny. Do obiadu nigdy nie dawano piwa ani tym bardziej wódki. Wódka bywała wprawdzie w kredensie u matki i czasem ojciec wróciwszy w zimie z wyjazdów do chorych wypijał kieliszek, lecz stale nie używał alkoholu pod żadną postacią.
Na kolację najczęściej bywało zsiadłe mleko z ziemniakami, a zimą kaszka lub zacierka na mleku, po tym herbata, dla dzieci z mlekiem, bułki, chleb masło, często wędlina lub mięso z obiadu.
Latem, bywały nieraz na podwieczorki poziomki lub czarne jagody z mlekiem.
Ojciec rano po szklance czystej herbaty i zjedzeniu suchej bułki szedł na godzinę 9 do szpitala, gdzie ordynował i gdzie o godz. 12 jadł drugie śniadanie. Ze szpitale szedł na wizyty
do chorych w mieście. Do domu wracał ok. 14-tej. Obiad jadł razem z nami o trzeciej. Po obiedzie czasem przespał się godzinę - lub przyjmował pacjentów w domu. Ojciec miał rozległą praktykę. Bodajże był najbardziej poszukiwanym lekarzem zarówno w mieście
jak i w okolicy. Stosunek ojca do pacjentów odznaczał się wielką życzliwością i troskliwością. Chodziło mu nie o to, by pacjenta leczyć, ale żeby go wyleczyć. Był to stosunek do chorego wybit¬nie humanitarny, ludzki. Sądzę, że pacjenci doskonale to wyczuwali.


/D. c. n./

dodane 11.styczeń.2006 - przepisali Alicja i Leszek Wiśniewscy


Konstanty M. M. Stecki

P A M I Ę T N I K I
Cz. III. Dom i rodzina /c.d./

Oczywiście sam pochrzcił tymi imionami swych tekturowych rycerzy. Bohdana przenieśli po tym jego rodzice do gimnazjum do Chełma. Miał dwie starsze siostry, miłe panienki: Lucię i Wandę. Później spotkałem się z nim w Krakowie, gdzie studiował rolnictwo.
Po ukończeniu studiów gospodarował w Nowosiółkach, wydawał hrubieszowską gazetę rolniczą i był jednym z wybitniejszych i bardziej postępowych gospodarzy ziemskich. Ożenił się z córką dyrektora Cukrowni w Nieledwi, panna Wękckowską. Będąc jeszcze młodym rozchorował się na gruźlicę kręgosłupa, leczył się w Zakopanem; gdy go odwiedziłem, leżał w gipsowym gorsecie. Niestety choroby nie dało się opanować i zmarł dość młodo.
Jedne wakacje letnie spędziłem jako uczeń trzeciej klasy w Majdanie Skierbieszowskim, małym mająteczku braci Mościckich. Gospodarował na nim młodszy z rodzeństwa Ludwik, i ten, będąc w dobrych stosunkach z moim ojcem, zabrał mnie na lato do siebie. Starszy jego brat, późniejszy prezydent Polski – Ignacy, przebywał wtedy w Szwajcarii i był już znany jako wybitny chemik. Ludwikostwo Mościccy, bezdzietne małżeństwo, opiekowali się mną bardzo troskliwie. Pan Ludwik, zwolennik postępowych metod wychowania, człowiek łagodny, marzycielski, miękki i mało energiczny, uczył mnie jak rozpoznawać płeć chrabąszczy po ich organach płciowych. Starał się mnie tym sposobem uświadomić pod względem płciowym.
--------------------------------------------
Dokończenie Przypisów ze str. 22
4/ Zabytki archeologiczne, uzyskane podczas poszukiwań badawczych na „Górze Zamkowej” w Grabowcu w 1971 r. znajdują się tymczasowo. W Pracowni Archeologiczno – Konserwatorskiej PKZ O/Lublin w związku z prowadzeniem przez pracownię szczegółowych badań nad ceramiką wczesnośredniowieczną i średniowieczną Polski Płd.- wsch. Wszystkie materiały z tego zespołu nadające się do ekspozycji muzealnej zostaną przekazane w najbliższym terminie do zbiorów Muzeum Regionalnego w Hrubieszowie, pozostałe zabytki, zwrócone zostaną do Muzeum po wykorzystaniu ich do ww. pracy

Wybrał także i naraił kupno pięknego kucyka, o którego narowach wspominałem. Później, w 1905 r. Byłem także u p. Ludwika na praktyce rolnej; było to w Bortnowie na Wołyniu.
Najczęściej wakacje spędzaliśmy w Łaziskach, korzystając z nadzwyczajnej gościnności właścicieli majątku a dobrych znajomych moich rodziców, państwa Świdzińskich. Pani Maria Świdzińska była przyjaciółką mojej matki; podobnie jak i siostra jej p. Sroczyńska, jeszcze w czasach panieńskich i zażyłe stosunki tych trzech pań trwały po ich zamążpójściach. Ojciec znał i przyjaźnił się z p. Romanem Świdzińskim, mężem p. Marii, i w ich domu poznał moją matkę. Ponadto wiązały te dwie rodziny także i stosunki pieniężne, gdyż ojciec mój pożyczył p. Świdzińskiemu pewną sumę na kupno Łazisk.
Łasiska był to piękny i znaczny majątek, położony w powiecie zamojskim niedaleko Skierbieszowa, 5 mil od Hrubieszowa. Miał doskonałą lessową glebę i obejmował także kompleks lasów mieszanych, bukowych i sosnowych, łączących się z lasami Ordynacji Zamojskiej.
Dwór łaziski położony był na sporym wzgórzu, na skraju długiej wsi, rozciągniętej wzdłuż potoku. W oficynie obok mieściły się kuchnie, spiżarnie, mieszkanie babci Julci, ciotki pana domu i pokoik leśniczego. Przed domem był piękny gazon z dużą agawą w środku. Zieleń sporego zadu z pasieką i żywopłoty biegnące wśród dwóch dróg dojazdowych, zamykały frontowe otoczenie. Przed tym reprezentacyjnym terenem, nieco z boku w prawo były zabudowania gospodarskie, stajnia cugowa z wozownią, niewielki spichrz, stodoła, stajnia fornalska, obora, owczarnia i chlewnie. W środku ogrodzony okólnik dla wypędu koni, Wszystkie budynki gospodarskie były drewniane i wprawdzie prócz pokrytej dachówką stajni kryte były słomą, ale utrzymane były porządnie i czysto. Znać było wszędzie rękę zapobiegliwej gospodyni i właścicielki, pani Marii, która sama doglądała obory i chlewni i prawie co dzień rano była przy udojach krów i karmieniu świń.
Drewniany dom mieszkalny, obszerny i wygodny, był tynkowany i kryty gontami. Obejmował siedem pokoi na parterze i dwa, później trzy, na górze w mansardzie. Umeblowanie było skromne z wyjątkiem dużego salonu, w którym były miękkie meble, w codzienne dnie nakrywane białymi płóciennymi pokrowcami. Stał tam także

fortepian a posadzki były pięknie froterowane. Chłopcy i przyjeżdżający goście lożowali w pokoikach na górze; bielone ściany, drewniane łóżka z siennikami wypchanymi słomą, pozostały w mojej pamięci jako pierwsze zachwyty łaziskie. Później p. Świdziński dobudował na górze domu dużą salę bilardową, która służyła również z sypialnia dla chłopców i gdzie często zabawialiśmy się grą w bilard.
Państwo Świdzińscy mieli sześcioro dzieci. Najstarsza Ewa, była w wieku mojej starszej siostry. Następnie dwu bliźniaków, Staś i Jaś oraz Karol, ci starsi ode mnie o 2 – 3 lata; następna – Helena, była w moim wieku i ostatni, o dwa lata młodszy ode mnie – Antek. /.../ Po naszym wyjeździe z Hrubieszowa i przeniesieniu się do Krakowa, zaprzestaliśmy odwiedzać Łaziska. /.../
Czytając w wiele lat później zbiorowe opracowanie „Wspomnień o Bolesławie Prusie” zestawione przez Stanisława Fitę, znalazłem tam artykuł p. Świdzińskiego z czasów jego studiów w Roln. Leśnym Instytucie Puławskim, mówiący o wydaleniu Prusa z tej uczelni za przeciwstawianie się rosyjskiemu profesorowi, rozgniewanemu o to, że Prus rozmawiając z nim nie wstał z ławki.
Rodzice moi przedstawiali niezwykły wprost i rzadko spotykany typ ludzi społecznie ofiarnych i podejmujących się bezinteresownie zada, wydawało się, przerastających niekiedy ich siły. Ideę przewodnią ich postępowania, stanowiły zawsze szlachetne cele: praca kulturalno – społeczna, obrona polskości; pomoc młodzieży. Pod opieką i przy pomocy rodziców, prawie stale wychowywał się, kształcił i przebywał w naszym domu jakiś młody niezamożny chłopiec z bliższej lub dalszej rodziny, niekiedy zupełnie obcy. Wymienić tu mogę Jacka Steckiego, jego brata Wacława, Tytusa Ponikwickiego, Kazia Miszewskiego, Franka Żyłę a wreszcie całą gromadę ośmiorga dzieci Dubiszewskich, którymi rodzice moi zaopiekowali się. Podjęcie się wychowania tej ostatniej grupy młodzieży, jest istotnie godne podziwu i podkreślenia.
Janek Stecki, był synem starszego brata mojego ojca, Stanisława, skromnego felczera. Gdy zmarł, pozostawił w ciężkich warunkach wdowę, Wandę z Olszańskich i troje dzieci: Jana, Wacława i najmłodszą śliczną dziewczynę, jasną blondynkę Wandę. W czasie pobytu Janka w szkołach średnich, najpierw ojciec pomagał

mu materialnie, później jakiś czas mieszkał u nas. Po skończeniu gimnazjum, studiował medycynę na Uniwersytecie Warszawskim. W tym czasie został aresztowany; zamieszany był w studenckie demonstracje w 100-lecie Konstytucji 3-ego Maja. Wydalony z uczelni, pozbawiony został prawa studiów na terenie całej Rosji. Ojciec mój, rozgniewany, że Janek zamiast studiami zajmuje się polityką, odmówił dalszej pomocy. Janek musiał zająć się zarobkowaniem. Uzyskał miejsce w zamożnym domu w Łańcuchowie na Lubelszczyźnie, z zadaniem przygotowania do matury młodego chłopca Wołk – Łaniewskiego, sieroty, który wraz z młodszą siostrą Marynią pozostawał od opieka krewnych hrabiów Stadnickich. Nauka trwała parę lat i gdy Łaniewski zdał maturę, wyjechali obaj do Bonn, gdzie Łaniewski studiował zdaje się – prawo, a Janek ukończył kursa ekonomiczne.
Tymczasem Marynia zakochała się w Janku i młodzi zaręczyli się. Sprzeciwy spokrewnionej z hrabiami rodziny stanowiły przeszkodę tylko do czasu uzyskania pełnoletności; później stanowcza i czupurna osóbka postawiła na swoim i wyszła za Janka. Byli bardzo szczęśliwym i zgodnym małżeństwem. Tym sposobem Janek został obywatelem ziemskim i prędko zaczął odgrywać wybitną rolę w tych sferach. Już wcześniej publikujący ekonomista stał się tłumaczem pierwszej w języku polskim ekonomii politycznej tłumaczonej z angielskiego. Był posłem do dumy rosyjskiej, w okresie międzywojennym posłował na sejm warszawski, był członkiem senatu. Zmarł w r. 1953 w wieku 82 lat.
Brat Janka mieszkał u nas tylko jeden rok.
Czynem niezwykłym moich rodziców, było zajęcie się rodziną Dubieszewskich. Zaczęło się od tego, że ojciez wezwany został do ciężkiego przypadku tyfusu: zachorował podupadły właściciel drobnego folwarku w okolicy Hrubieszowa, Dubiszewski.
Dubiszewski, straciwszy folwark, czas jakiś coś dzierżawił a gdy i to nie wychodziło, kupił parę koni, osiadł w Hrubieszowie i trudnił się dostawami towarów z Chełma. Rodzinę miał liczną, ośmioro dzieci, babka, żona; bieda graniczyła z nędzą. Ciasnota mieszkaniowa i gromada niesfornej dzieciarni, stwarzały fatalne warunki higieniczne. Wkrótce zachorowała żona Dubiszewskiego i oboje zmarli. Zachorowała i zmarła również babka. Zachorowało parę dzieci lecz wyzdrowiały. Sytuacja była rozpaczliwa. Moi rodzice postanowili zaopiekować się gromadką. Troje dzieci było

wprawdzie na wychowaniu u obcych ludzi, ale z pięciu pozostałych chłopców dwu chodziło do progimnazjum, a młodzi łobuzowali po Hrubieszowie, rwali jabłka w cudzych sadach, tłukli się z żydziętami i bąki zbijali. Całe to bractwo po śmierci rodziców pozostało bez żadnej opieki. Sytuację pogarszał fakt, że najmłodsza Henryka przebywała w domu prawosławnego popa, co groziło wychowaniem na prawosławną Rosjankę. W tej samej sytuacji był najmłodszy Bolek, którym opiekował się jakiś rosyjski wojskowy. Jedynie starsza Ewelina była na wychowaniu u dwu starszych panien Jastrzębskich, posiadających w Hrubieszowie pracownię damskich kapeluszy.
Ojciec mój uzyskał oficjalne mianowanie do opiekunem sierot. Opiekunem drugim został mieszczanin Kroszkiewicz.
Rodzice moi wynajęli naprzeciw naszego domu pokój, umieścili tam chłopców, biorąc ich w opiekę i na utrzymanie. Wywołało to w opinii Hrubieszowa zdziwienie i krytykę. Powszechnie twierdzono, że młody lekarz chyba zwariował, skoro mając własną córkę /nas dwojga młodszych jeszcze nie była na świecie/, będąc na dorobku i wyrabiając sobie jeszcze praktykę, bierze na siebie taki obowiązek, z którego na pewno nie potrafi należycie wywiązać się.
Jednym z pierwszych kroków rodziców było żądanie zwrotu dzieci przez popa i wojskowego. Zwłaszcza w rodzinie bezdzietnego popa żądanie to wywołało opór i niechęć. Zarzucano mojemu ojcu szowinizm narodowy i oburzano się, że nie pozwala na wychowanie dziecka w prawosławnym środowisku rosyjskim. Popi zrewanżowali się ojcu bojkotując go jako lekarza, ale dzieci zostały odebrane. Trzeba zaznaczyć, że popi stanowili doskonałą klientelę lekarzy; po ostatnich święceniach kapłańskich nie wolno im się było żenić powtórnie, dbali więc o swoje żony bardzo w wypadkach choroby.
Odebrana Henryka wzięta została na wychowanie przez polską rodzinę, a Bolek wrócił do Hrubieszowa i zamieszkał z resztą braci.
Główny ciężar opieki nad dziećmi spadł na moją matkę. Sytuacja była trudna. Nie mieli porządnego ubrania, dostatecznej bielizny, pościeli. Trzeba ich było najpierw wymyć, przyodziać, później odzwyczaić od organizowania zdobywczych wypraw po cudze jabłka, od bójek z miejskimi łobuzami i wdrożyć do nauki. Trzeba było wreszcie gromadkę wykarmić i utrzymać.
Wytrwałość, oszczędność i skromne życie pozwoliło rodzicom sprostać zadaniu i całe rodzeństwo Dubiszewskich wyrosło na

Porządnych ludzi.
Najstarszy Adam, po ukończeniu czterech klas wstąpił do seminarium duchownego, po czym studiował w Akademii Duchownej w Petersburgu i został księdzem. Był prefektem gimnazjum w Siedlcach w czasie, gdy ja byłem tam w 5-ej i 6-ej klasie.
Następny – Edward, został kupcem i miał w Warszawie sklep kolonialny. Dobrze mu się powodziło. Ludomir został lekarzem i po śmierdzi mojego ojca osiadł w Hrubieszowie; przejął praktykę ojca i stanowisko lekarza szpitalnego. Dożył dziewięćdziesięciu paru lat. Henryk został również księdzem i był proboszczem w Siedleckim. Z dwu młodszych, Tomasz został księgowym, a najmłodszy Bolek, urzędnikiem bankowym.
Z dwu dziewczynek, starsza Ewelina prowadziła w latach 1900 zakład fotograficzny w Siedlcach, a później stancję dla uczniów gimnazjalnych, gdzie i ja mieszkałem przez dwa lata. Najmłodsza Henryka również nie wyszła za mąż i pozostawała do końca życia w rodzinie ludzi, którzy opiekowali się nią od dziecka. Dzisiaj z tej całej gromady nikt już nie żyje. Syn Ludomira był sędzią w Hrubieszowie i zmarł bezdzietny w 1963 r.
Oprócz Dubiszewskich, rodzice moi pomagali kształcić się jeszcze kilku innym chłopcom. Mieszkał u nas kilka miesięcy syn licznej rodziny dzierżawców rolnych Miszewskich. Kazio, uczeń czwartej klasy hrubieszowskiego progimnazjum. Niestety, rozchorował się na krwawą dyzenterię i gdy poczuł się trochę lepiej, odjechał do rodziców.
U Miszewskich był przykry wypadek z jego starszą siostrą. Wsiadając do bryczki uderzyła się w kolano o stopień pojazdu. Wywiązała się gruźlica stawu i nogę amputowano. Pracowała później jako urzędnicza biurowa w Warszawie.
Przez rok okazywali rodzice bezinteresowną pomoc Tytusowi Ponikwickiemu, synowi brata mojej matki. Po ukończeniu czwartej klasy wyjechał od nas. Później był adwokatem w Petersburgu. Jako aplikant adwokacki wiódł tam wesoły żywot. Założył się raz z kolegami o butelkę szampana, że podczas przedstawienia w operze przerwie muzykę orkiestry. A miał w twarzy zabawny nerwowy skurcz, pobudzający do śmiechu. Wykupiwszy bilet w pierwszym rzędzie, w czasie wykonywania jakiegoś utworu przez orkiestrę, wychylił się przez parapet do muzyków i strojąc małpie grymasy, na oczach

Grających zaczął zajadać cytrynę, Napływająca do ust ślina nie pozwalała na grę flecistom i klarnecistom. Wreszcie gra się splątała i urwała. Tytus wygrał wprawdzie szampana, ale w teatrze zrobił się skandal, wyrzucono go za drzwi, publiczność chciała go obić a wszystko skończył się protokołem policyjnym i jakąś karą administracyjną.
Gdy ja wstąpiłem do progimnazjum, ojciec zapragnął, bym miał jakiegoś serdecznego przyjaciela i kolegę, który zastąpiłby mi brak brata. Wybór padł na ubogiego sierotę, wnuka hrubieszowskiej żebraczki, którym opiekowała się panna Malwina Czupryńska. Nazywano go Franciszek Zieliński. Do zapisu w progimnazjum potrzebna była metryka. Niestety w aktach parafialnych takiej metryki nie odszukano. Któryś z pisarzy parafialnych wpadł na pomysł i zażądał od babki Franka imion i nazwisk jego rodziców chrzestnych. Metryke odnaleziono ale na nazwisko Franciszka Żyły. Zapytywana babka z uporem twierdziła, że wnuk nazywa się Zieliński, przyparta jednak do muru przyznała, że „po prawdzie to syn jej nazywał się Wojciech Żyła, ale powiedział, że będzie lepiej pasować, jak wnuczek będzie się nazywał Zieliński, to on się teraz nazywa Zieliński”.
W ten sposób Franek Żyła został moim kolegą i kandydatem na przyjaciela. Ojciec sprawił mu ubranie, kupił książki, dał korepetytora i Franek zdał do pierwszej klasy. Niestety, nie chciał czy nie mógł się uczyć, dość na tym, że po dwu latach powtarzania pierwszej klasy opuścił gimnazjum. Był potem pisarzem w Cukrowni w Strzyżewie, ożenił się z dziewczyną ze wsi, Rosjanką, w cerkwi prawosławnej, czym popsuł sobie opinię w oczach polskiego społeczeństwa. Gdy po burzliwej rewolucji w 1905r. rozwinął się bandytyzm, Franek przychwycony został przy jakimś napadzie i powieszony przez władze rosyjskie. W ten sposób niestety zakończył się żywot jednego z protegowanych moich rodziców.
Rodziców moich otaczał głęboki szacunek i życzliwość.
Siostra moja Maria zanotowała w swoich wspomnieniach wypadek, gdy jakaś prosta Żydówka, nic nie umiejąca nawet dobrze mówić po polsku, nie mogąc wyjaśnić o co jej chodzi, przyszła prosić, by matka podała jej imiona rodziców i dzieci. Za zgodą ojca ciekawość Żydówki została zaspokojona. Jakieś było zdziwienie rodziców, gdy po pewnym czasie Żydówka przyszła ponownie i powiedziała,

ze była u znanego rabina – cadyka w Biłgoraju i uzyskała od niego błogosławieństwo dla posiadaczy wszystkich wskazanych przez nią imion i że od tej pory, będzie się nam wszystkim dobrze powodziło, bo będzie się każdym z nas opiekował „anieł”, chodząc za nami i strzegąc nas od złego.
Mówiłem już o obawie Żydów by nikt nas nie okradł, nikt „z naszych”. Także na pogrzeb ojca przyszli na cmentarz katolicki i byli obecni całą rodziną Sztychowie. Również ze strony mieszczan i innych pacjentów ojca, było wiele dowodów życzliwości lub wczięczności ludzkiej.
To tez i w nas dzieciach wyrobił się stosunek stałej życzliwości dla ludzi. Widzę w sobie wiele cech matki, do której zresztą jestem z rodzeństwa podobny najbardziej. Zawsze cierpliwie wysłuchuje ludzkich opowiadań lub skarg, z uśmiechem witam każdego znajomego. Zasadniczo mam życzliwy stosunek do ludzi, nigdy nie okazuję niechęci, urojonej wyższości czy dumy wobec innych. Uważam się za skromnego i przeciętnego człowieka, nie ma we mnie nic z zarozumiałości i mam równe uczucie szacunku dla godności ludzkiej, czy to będzie szewc, krawiec czy robotnik, dygnitarz, profesor uniwersytetu czy sławny polityk. Wszyscy w moich oczach są zwykłymi ludźmi z ich zaletami ale i z ich wadami czy śmiesznostkami, Cenię jedynie charakter, stosunek do ludzi, uczciwość i pracę twórczą. Każdemu jestem gotów pomóc, czy to w trudnościach życiowych czy w dążeniu do osiągnięcia szlachetnego celu.
Znałem w Zakopanem szewca, dla którego miałem wielki szacunek, gdyż oświadczył mi, że jego zadaniem życiowym jest dać polskim turystom dobre i odpowiednie obuwie do wycieczek w góry, by buty nie przemakał, by nie narażali przez to swoje zdrowie.
I znałem profesorów uniwersytetu, okazujących swą dumę i wyższość naukowca, choć najważniejszą dla nich sprawą były uboczne dochody z ich specjalności, natomiast ucznia lub pracę naukową traktowali jako „Malum necessarium”, których chętnie pozbyliby się, byle móc zarabiać jak najwięcej. Dla nich miałem pogardę.
Mój życzliwy stosunek do ludzi zawsze znajdował oddźwięk, zwykle spotykam się z życzliwością i dobrocią i nie wykluczam, że w latach ostatniej wojny, życzliwi ludzie i moi uczniowie ratując mnie w groźnych sytuacjach, uratowali mi życie.

 

dodane 28.styczeń.2006 - przepisała Helena Prus