|
Konstanty M.M. Stecki
P A
M I Ę T N I K I
Część III.
Dom i rodzina.
Ojciec mój urodził się l listopada 1847 r.. Był lekarzem w
Hrubieszowie. Pochodził z niezamożnej rodziny oficjalistów
dworskich. Ojciec jego a mój dziadek, Jan, syn Wawrzyńca, urodzony w
1805 r., w późniejszym wieku posiadał podmiejski domek w Lublinie na
przedmieściu Środa, gdzie jako mieszczanin lubelski zamieszkiwał ze
swą żoną Teklą z domu Białoskórską. Mieli ośmioro dzieci: sześciu
synów - Ignacego, Adama, Stanisława, Konstantego - mojego. ojca,
Antoniego, Władysława i dwie młodsze córki, Michalinę /1° v. za
Tomaszem Choińckim, 2° v. za Władysławem Tarachem/ i Eleonorę.
Dziadek Jan odznaczał się zdrowiem i długowiecznością. Zmarł po
owdowieniu, mieszkając u moich rodziców w Hrubieszowie 24 sierpnia
1903 r. w wieku 90 lat i nigdy przed tym nie był niedołężnym czy
schorowanym. Do ostatnich tygodni życia był zupełnie normalnym,
chodził, sam się ubierał, słał sobie łóżko, szedł z do¬mu do
kościoła czy na przechadzkę, czytał gazetę lub książkę do
nabożeństwa, w której wiecznie podklejał i zeszywał rozlatującą się
oprawę. Często, siedząc w ganeczku naszego domu, kazał mi czytać
gazetę, interesowały go zwłaszcza wypadki wojny boerskiej. Chorował
w ostatnich dniach życia zaledwie dziesięć dni, na prze¬rost
prostaty. Po nim zapewne odziedziczyli liczni członkowie rodziny
Steckich zdrowie i zachowywanie sił żywotnych do późnego wieku.
Dziadek był despotyczny, dzieci wychowywał w posłuszeństwie i w
miarę możliwości kształcił. Ojca mego przeznaczył do stanu
du¬chownego i gdy po ukończeniu 4-ch klas gimnazjalnych, a z takimi
kwalifikacjami przyjmowano wtedy do seminariów duchownych, ojciec
mój oświadczał, że do seminarium nie wstąpi, a chce kończyć pełne
gimnazjum i myśli o medycynie, dziadek rozgniewał się i by zmusić
syna do posłuszeństwa, odmówił dalszej pomocy w nauce i zagroził
usunięciem z domu. Wtedy ojciec mój opuścił dom rodziców i o
włas¬nych siłach, utrzymując się z korepetycji, ukończył gimnazjum w
Lublinie i w dalszym ciągu, zdany jedynie na własną pracę,
studio¬wał i ukończył medycynę na uniwersytecie warszawskim. Głód i
chłód dawały mu się często w czasie studiów we znaki. Stołował się w
stołówce dla ubogich w Towarzystwie Dobroczynności w Warszawie, w
domu istniejącym do dzisiaj na Krakowskim Przedmieściu, na którego
frontonie widnieje napis: „Res sacra miser” /ubogi jest rzeczą
świętą/. Napis ten, gdy jako dziecko byłem z matką w warszawie,
pokazywała mi ona, opowiadając z dumą, o wytrwałości i o losach
ojca, wpajając poglądy demokratyczne.
Nędzne warunki w czasie studiów odbiły się na zdrowiu ojca i przy
końcu pobytu w Warszawie zapadł na chorobę płucną, która jednak w
warunkach hrubieszowskich minęła i ojciec nigdy później na gruźlicę
nie chorował.
Po ukończeniu medycyny, ojciec osiadł jako lekarz wolno praktykujący
w Hrubieszowie, gdzie wkrótce uzyskał stanowisko or¬dynatora
szpitalnego a później lekarza gimnazjalnego. W Hrubieszo¬wie
przebywał aż do śmierci, t j. do roku 1900. Poza wyjazdami do
pacjentów w bliższej lub dalszej okolicy, ojciec wyjeżdżał z
Hru¬bieszowa bardzo rzadko, czasem do Lublina lub Warszawy.
W czasie studiów w Warszawie, ojciec mieszkał jakiś czas u pani
Głowackiej, macochy Bolesława Prusa. Niewątpliwie z tych czasów
pochodziło przejecie się jego ideami i hasłami pozytywizmu, które
przez całe swe życie starał się realizować. Spotykał się i
przyjaźnił w domu pani Głowackiej ze starszym od niego o dwa lata
Aleksandrem /Bolesławem Prusem/, z którym , zwyczajem młodzieży,
często zapewne gorąco dyskutowali o losach Polski. Prus brał przed
tym udział w powstaniu i po załamaniu się nadziei na wyzwo¬lenie
Polski z niewoli z bronią w ręku, młodzi szukali innych dróg dla
ratowania polskości i Ojczyzny. Rodziła się wtedy ideologia,
pozytywizmu, którego Prus był obok A. Świętochowskiego, P.
Chmielowskiego, Asnyka, Konopnickiej i Orzeszkowej, jednym z
najwybit¬niejszych przedstawicieli. Pozytywizm zrywał z tradycjami
roman¬tyzmu, z hasłami powstańczymi i formułował zasady „pracy
organicz¬nej”, polegającej na gospodarczym i kulturalnym podnoszeniu
kraju, głosił szerzenie oświaty, zwalczanie analfabetyzmu,
poszanowanie dla nauki, propagował hasła demokratyczne.
Były to czasy silnego ucisku narodowościowego. Pięknie
scha¬rakteryzowała je w swoich wspomnieniach moja siostra Maria.
Przytoczę tu fragmenty jej opowiadania.
„Były to czasy, gdy mieszkało się w „Prywislimskim Kraju”, nie tylko
bowiem słowo Polska, ale nawet nazwa Królestwa Kongre¬sowego nie
miała oficjalnego kursu, czasy, gdy szło się do więzie¬nia za
posiadanie szpilki czy broszki z orzełkiem polskim, a za włożenie do
rąk polskiego dziecka polskiego elementarza groziło zesłanie w głąb
Rosji; gdy cenzor w pisemku dla dzieci skreślał w pseudonimie „Mała
Laszka” i „Polska Dzieweczka” wyrazy „Laszka” i „polska” , jako zbyt
wyraźnie mówiące o polskości. Nic dziwnego, że obrona polskości,
była główną sprawą naszego pokole¬nia, że tworzyła charakterystyczną
cechę życia owych, czasów”.
„Polskość każdego pokolenia wyglądała nieco inaczej, jest co raz
inna, chociaż wciąż ta sama. Nie umiera bowiem ze śmiercią każdego
pokolenia, lecz rodzi się z każdym pokoleniem na nowo. Polskość
owych czasów, usunięta z życia politycznego, zamykała się w życiu
rodzinnym, mogła znajdować wyraz tylko w prywatnych usiłowaniach
jednostek. Wagę tych prywatnych prac i usiłowań, podkreślał i głosił
pozytywizm. Głosił, że Polskę buduje się co dzień. Buduje ją każdy
nasz pozytywny czyn, wzmocnienie każdej komórki narodowego życia,
każda włożona w rękę dziecka książka, każde dobre uczucie wpojone w
czyjąś duszę, każde ludzkie życie wydarte śmierci, każda zbudowana
czy naprawiona szosa, każdy na¬wet grosz oszczędzony, stwarzający
kapitał jednostki, a będący kapitałem narodu”.
„Ojciec nasz przez całe życie usiłował wcielać w czyn zasa¬dy
pozytywizmu. To wszystko, co czynił dla ludzi, to była jedno¬cześnie
praca dla Polski. W myśl tych zasad pozytywizmu, brał ojciec udział
w najrozmaitszych ludzkich sprawach życiowych. Ma¬terialną pomocą
umożliwiał ludziom stwarzanie warsztatów pracy. Na kasę pożyczkowo -
oszczędnościową, o którą się, usilnie starał, rząd carski nie dawał
pozwolenia, ojciec wyciągał zatem rzemieśl¬ników i mieszczan z
lichwiarskich długów, udzielając im często bezprocentowych pożyczek
lub dawanych na bardzo niski procent.
Na usługi ludziom stała nasza biblioteka, jedyne poza pracą zawodową
osobiste zamiłowanie i przywiązanie ojca. Pamiętam jak cieszył się,
gdy mąż naszej służącej, właściciel paru morgów gruntu, założył u
siebie z pomocą ojca pierwszą w Hrubieszowie, prywatną chłopską
biblioteczkę. Był to w owych czasach istotnie niezwykły ewenement.
Macierzy Szkolnej jeszcze wówczas nie było. Pamiętam również te
stosy książeczek ludowych, które zjawiały się naraz w naszym domu i
znikały gdzieś, zanim zdołałam którąś z nich uzyskać i przeczytać”.
„Życzliwość i uczynność dla ludzi, to nie tylko odruchy dobrego
serca lub spełnienie przykazania miłości bliźniego, to było w
rozumieniu ówczesnego społeczeństwa budowanie społecznych wiązadeł,
to wytwarzanie związków, bez których społeczeństwo stanie się jak
rozsypujące się ziarna piasku, to zaciskanie obręczy, która spoić ma
naród. Tak pojmował to ojciec i tak pojmowała to matka”.
„Rodzice kierowali się całe życie tymi zasadami, wypełniając program
pozytywizmu w sobie właściwy, a zawsze wartościowy sposób.
Z domu swego stworzyli ognisko, emanujące siłę duchową i polskość
tak mocno, że ludzie którzy się,. z nimi stykali, mieli czysto
wrażenie, że zetknęli się z czymś niezwykłym. Program po¬zytywizmu
wydaje się nam dzisiaj może czymś nikłym, ludzie tam¬tego pokolenia
nie mogli jednak czynić więcej, bo nie pozwalały na to polityczne
stosunki. Gdyby jednak nie ten, nie wystarczający dla innych czasów,
ale wówczas jedynie możliwy program, nie czulibyśmy tak wyraźnie
ciągłości wysiłków, jakie każde pokolenie wkładało w sprawy
budowania Polski. I gdyby ludzie z epoki pozy¬tywizmu nie ciułali
swych groszy z myślą o Polsce, nie mielibyśmy wielu wkładów w
społeczne dobro, wielu instytucji, które powsta¬ły nie raz dzięki
tym uciułanym groszom, pociągając także i kalety bogaczy i
otwierając ich zawartość”.
Czemu ojciec po skończeniu medycyny osiadł w Hrubieszowie?
Niewątpliwie starał się znaleźć miejscowość, gdzie obsada lekarzami
nie była dostateczna. W Hrubieszowie liczącym wtedy 10000 ludności,
było już wtedy jednak trzech lekarzy /Łaniewski, Krajewski i
Golakowski/. Może wpłynęły na decyzją wyboru Hrubie¬szowa rozmowy z
Prusem, który - jak wiemy, urodził się w Hrubie¬szowie i pochodził z
najbliższej jego okolicy; może on zwrócił uwagę ojca na potrzeby
wzmocnienie elementu polskiego w tym trenie unickim, zagrożonym
walką narodowościową.
Rodzice moi odznaczali sio bardzo silnie rozwiniętym patrio¬tyzmem i
poczuciem solidarności narodowej. Niewątpliwie oddzia¬łały tu
warunki, w jakich się wychowywali i wyrośli. Oboje dobrze pamiętali
powstanie 1869r. i przeżywali okres popowstaniowego ucisku. Ojciec,
borykając się i sam zdobywając wykształcenie, miał bar¬dzo silnie
zakorzenioną potrzebę pomagania w zdobywaniu nauki każdemu
wchodzącemu w życie o własnych siłach.
Przebywając w terenie walki narodowościowej, ucisku unitów i
wypierania inteligencji polskiej, oboje rodzice rozumieli
ko¬nieczność obrony polskości, popierania życia kulturalnego
inteligencji polskiej i bronienia każdej jednostki od
wynarodowienia.
Niewątpliwie działało tu ogólne prawo i zjawisko socjologiczne,
polegające na tym, że każda grupa ludzka, której życiowe podstawy są
zagrożone przez inną, grupę silniejszą, każda mniejszość narodowa.
wykształciła wśród swoich członków poczucie silnej więzi
solidarności oraz konieczność wzajemnej pomocy w obronie swych
żywotnych spraw życiowych. W ten sposób należy sobie tłumaczyć
niezwykłą solidarność, jaką odznaczają się Żydzi w stosunkach. z
innymi narodowościami, traktowanymi przez nich pogar¬dliwie, jako
„goje”. Stąd zapewne powstało u Piłsudskiego przekonanie, że w
Polsce wartościowi ludzie pojawiają się tylko na pogranicznych
terenach, w przeciwstawieniu do Polski środkowej. Określał on, że
”Polska jest jak obwarzanek, dookoła treść a w środku dziura”.
W pogranicznych dzielnicach, gdzie trwała walka z naporem sąsiadów,
wyrabiają się istotnie silne, wartościowe i ofiarne charaktery.
Podobnie i na terenie Chełmszczyzny i Hrubieszowszczyzny, a takie na
kresach wschodnich, skąd pochodziła moja matka, wyrobiło się
poczucie solidarności narodowej polskiej, wobec nacisku rusyfikacji.
Matka pochodziła z kresowej ziemiańskiej rodziny Ponikwickich. Była
córką Józefa /syna Tadeusza ze Szczytnik i Franciszki Tołłoczkówny/.
Urodziła się w Starodworach w gubernii Grodzieńskiej, powiecie
Lidzkim z drugiej żony Józefa, Pauliny z Machwiców, rodziny
wywodzącej się ze Szwecji.
Rodzice matki mieli w powiecie brzeskim majątek ziemski Klukowicze
położony niedaleko Wysokiego Litewskiego, o 3 mile od Bugu. Był to
majątek odziedziczony przez dziadka po pierwszej jego żonie
Włodkównie.
Rodzina Ponikwickich miała szerokie koligacje i spokrewnio¬na była z
licznymi sąsiedzkimi domami obywatelskimi. Rodziny te utrzymywały ze
sobą bliskie kontakty i ceniły oraz obserwowały - ówczesnym
zwyczajem, stosunki pokrewieństwa. Były to sfery gorąco przywiązane
do polskości i odznaczające się żywymi uczuciami patriotyzmu.
Świadczy o tym udział wielu krewnych matki w powstaniu 1863r., które
matka dobrze pamiętała i o którym nam dzieciom często opowiadała.
Świadczą zaś przede wszystkim liczne ofiary, kary i konfiskaty
majątków, które tak wielu krewnych matki poniosło, za udział w
powstaniu.
Matka wychowywała nas w duchu narodowym i patriotycznym, w kulcie
dla zrywów niepodległościowych. Wśród ulubionych opowiadań matki,
których wysłuchiwaliśmy zwykłe w szarej godzinie, najliczniejsze
dotyczyły powstania.
To o Kostusiu Śnieżko /cytuję te opowiadania z notatek siostry no
jej Marii/, gdy sztab Nostitza w powrotnej drodze spod Siemiatycz po
rozbiciu partii Rogińskiego zatrzymał się w majątku Śnieżków -
Dołbiźnie i zabity został dziadek Kostusia, staruszek Śnieżko i
kucharz miejscowy, dwór spalony a 12-letni Kostuś, ukryty pod mostem
w ogrodzie ocalał, skąd nazajutrz zabrano go do domu dziadków do
Klukowicz; to jak siostrę matki, Faustynę, ostrzegały przebiegające
w popłochu kobiety ze wsi, że „Moskały idut” i jak Faustyna wsypała
im do fartucha całą szufladę świeżo uszytych czapek powstańczych i
kobiety przechowały je we wsi; to jak Kozacy szukali po całym dworze
powstańców, z których jeden ukrywał się w stajni w sianie a drugi w
dworskiej kaplicy; to jak młodsza przyrodnia siostra matki Melunia,
przebywająca z rodzicami w wiezieniu /gdy dziadkom skonfiskowano
majątek i jakiś czas przed zesłaniem w głąb Rosji do Niżnego
Nowogrodu więziono w twierdzy brzeskiej/, chodziła swobodnie po
korytarzach i służyła uwięzionym do przesyłania sobie nawzajem
wiadomości i jak zapytana przez oficera żandarmów, co też mówił jej
do uszka jeden z uwięzionych, odrzekła mu bez namysłu: „Mówił, że ty
durak”; to znowu o tym wuju matki Władysławie Małachowskim, na
którego głowę Murawiew naznaczył cenę, a który uciekł z Petersburga
ukryty w zwojach żagla na maszcie i znalazłszy się już w bezpiecznym
miejscu za granicą dał wyraz swej fantazji, wysyłając do Murawiewa
depesze, że jest zdrów i cały i że się mu kłania; to o drugim
Tytusie Pusłowskim, którego spotkał w lesie i zaaresztował jenerał
Nostitz, gdy wuj wiózł powstańcom do partii broń i który wieziony na
jeneralskiej bryczce do wiezienia tak bawił jenerała przez drogę
anegdotami, że dygnitarz rosyjski zdu¬miony zwrócił mu uwagę , by
tak nie żartował, bo przecież on może kazać go powiesić.
- Och jenerale! - odpowiedział nie tracąc humoru i rezonu nasz wuj,
to tylko w pierwszej chwili jest przykre, potem gdy się człowiek
przyzwyczai, to wisi jakby nigdy nic”.
Po aresztowaniu dziadków, matkę naszą i jej rodzeństwo za¬brała do
siebie jej ciotka, po aresztowaniu której, całą gromadkę zwiększoną
o dzieci, zwiększoną o córeczki ciotki, któraś stryjenka. Całe
dzieciństwo i młodość mojej matki upłynęły u osób z rodziny, u
różnych ciotek i stryjenek, które były dla niej często bardzo dobre,
ale nie miała ona w młodości własnego domu.
Na podstawie tych opowiadań i tradycji rodzinnej, częściowo
zaczerpniętej z ust naszej kuzynki Runi /Rozalii/ Tołłoczkowej
/wdowie po chemiku, profesorze Uniwersytetu Lwowskiego -
Stanisławie/, siostra moja Maria zestawiła spis ofiar i kar, które
za udział w powstaniu 1863 r. poniosła rodzina mojej matki.
Z najbliższej rodziny mojego dziadka Ponikwickiego, oprócz niego,
jego żony i syna, dalszych 15 osób poniosło kary za pow¬stanie.
Rodzony brat dziadka, Feliks Ponikwicki, który za sprawę Rohra w 46
roku zesłany był do Wiatki, teraz po 1863 r. skazany został na
zesłanie do gubernii Ołonieckiej. Z pięciu zamożnych sióstr jedna
Franciszka Czarnocka, właścicielka majątku Szumin w pow. brzesko -
litewskim była aresztowaną i przebyła kilka miesię¬cy w więzieniu w
Brześciu; mąż drugiej - Antoni Jaskłowski, zos¬tał zesłany do Rosji;
syn jej Karol Jaskłowski i narzeczony cór¬ki - Jan Wańkowicz,
skazani na karę śmierci, dwaj synowie trzeciej, Edward i Aleksander
Wysoccy, skazani na zesłanie; syn czwartej, Feliks Zienkowicz,
skazany na śmierć, syn piątej - Tytus Pusłowski, na zesłanie;
cioteczny brat dziadka Jan Tołłoczko oraz mąż ciotecznej siostry -
Władysław. Małachowski, również na zesłanie; mąż i syn drugiej
ciotecznej siostry, Jerzy Gażycz i Witold Gażycz, zesłani na ciężkie
roboty.
Z wyroków. śmierci wydanych na pięciu młodych ludzi żaden nie został
wykonany. Syn dziadka a mój rodzony wuj, Feliks Ponikwicki wydostał
się z wiezienia dzięki przypadkowi, podobień¬stwo do niedawno wtedy
zmarłego syna naczelnika wiezienia i pozyskanej stąd jego sympatii;
wrócił do powstania i walczył do jego końca w innej partii. Trzem
jego kuzynom udało się uciec za granice /Karolowi Jaskłowskiemu,
Janowi Wańkowiczowi i Władysławowi Małachowskiemu/. Czwartemu.
/Feliksowi Zienkowiczowi/ zamie¬niono karę śmierci na 20 lat
ciężkich robót i dożywotnie osied¬lenie na Syberii, z której jednak
w r. 1882 powrócił. Natomiast z zesłanych do Rosji dwóch zmarło w
drodze /Edward Wysocki i Witold Gażycz/, trzeci odebrał sobie życie
z tęsknoty za krajem /Antoni Jaskłowski/ w Tobolsku, dokąd był
zesłany.
Osiem majątków należących do osób z rodziny zostało skonfiskowanych
były to: Zaburie Tołłoczków, Klukowicze Józefa Ponikwickiego i
Planta jego żony, Mokre Zienkowiczów, Zubacze Pusłowskich, Irlandka
Jaskłowskich.- wszystkie w powiecie brzeskiem, Podbiała
Małachowskich w pow. prużańskim i część majątku przypadającego na
Jana Wańkowicza z gub. mińskiej.
„Jak na jedną rodzinę i jedno pokolenie był to plon, jeśli plonem
można nazwać ofiarność, która przyniosła tyle strat, bardzo duży”.
Całe dzieciństwo i młodość mojej matki, gdy dziadkowie byli na
zesłaniu, upłynęło na tułaniu się po domach licznych ciotek. Gdy
dorosła, krewni wciąż starali się wydać ubogą dziewczyny za mąż i
byli bardzo niezadowoleni, gdy matka odrzucała propozycje szeregu
nie podobających się jej, czysto starych i niemiłych adoratorów.
Uznawała małżeństwo tylko ze szczerej miłości. Chcąc znaleźć jakieś
stałe oparcie w rodzinie, przez kilka lat miesz¬kała w Brześciu a po
tym w Wiaźmie razem z bratem Feliksem, który pracował w kolejnictwie
i ożeniwszy się wcześnie owdowiał. Tam opiekowała się dwoma jego
córkami, Polą i Marusią.
Wkrótce po tym, będąc na ślubie swej przyrodniej siostry Melanii,
która wychodziła za Marcelego Żulińskiego /krewnego członka
powstańczego rządu narodowego/, poznała naszego ojca, który jako
lekarz praktykował wtedy w Hrubieszowie i wyszła za niego za mąż 26
lutego 1878 r.
Matka, poza pewną znajomością języka francuskiego, nie po¬siadała
żadnego wykształcenia, ale będąc zdolną, obdarzona świetną pamięcią,
sporo czytała i wychowywała się na literaturze ro¬mantycznej.
Wieczorami o szarej godzinie, z pamięci, położywszy się na .łóżku i
mając nas przy sobie, deklamowała wiersze: Powrót taty, Trzech
budrysów, Ojciec zadżumionych, Parys, Duma o hetmanie, Czaty,
Przyszła kryska na Matyska, Paweł i Gaweł, Trzy palmy, Korale /”Gdym
z Kozaki szedł na boje...”/ i tp. Są to najmilsze, niezapomniane
wspomnienia nasze z dziecinnych przeżyć.
Matka była osobą bardzo uczuciową, może nawet nieco egzaltowaną.
Lubiła opowiadać nam o swej młodości, o przejściach i przygodach.
Opowiadania jej cechował zawsze żywy uczuciowy stosunek
opowiadającej do treści przedstawianych wypadków. Dlatego były te
opowiadania tak barwne i zajmujące. Opowiadała, jak w zimie, w
Mińszczyźnie i w powiecie brzeskim jeżdżono sanną od dworu do dworu
w asyście konnych jeźdźców z pochodniami by odstraszyć wilki;
opowiadała gdzie i jak u wspólnych znajomych poznała naszego ojca i
jak prędko zorientowała się w jego i swym uczuciu. Ojca kochała
bałwochwalczo i chciała w nas wpoić gorącą miłość i uwielbienie dla
niego. Mnie raz wieczorem, gdy ojciec leżał już w łóżku i przed
zaśnięciem czytał „Gazetę Polską”, kazała całować go w nogi co -
wspominając, uważam za zły chwyt peda¬gogiczny.
Żyli ze sobą rodzice bardzo dobrze, nigdy nie było sprzeczek czy
kłótni. Oboje pracowici, skromni i oszczędni, dopasowali się do
siebie doskonale. Także pod względem fizycznym stanowili dobraną
parę. Ojciec brunet, nieco wyższy od żony, nosił brodę i wąsy, miał
wyraz pogodny i spokojny, całą swą energię i czas poświęcał pracy
zawodowej. Osobiste swe potrzeby ograniczał do minimum, jedynie
trochę palił i z zamiłowaniem gromadził książki. Matka, jasna
blondynka o niezmiernie białej karnacji, dość żywa, zapobiegliwa,
gospodarna i oszczędna aż do drobiazgowości.
Matka była bardzo religijna i głęboko wierząca. W niedziele i święta
prowadziła nas stale do kościoła. Na apel gorliwego proboszcza
społecznika, podobnie jak inne panie z inteligencji, w niedziele na
sumie zbierała na tacę. A w kościele zawsze bywa¬ło wtedy pełno i
tłoczno i trudno było się przepchać przez ciżbę ludzką.
Natomiast ojciec pobożnością się nie odznaczał. Poza przymusowymi
bytnościami w kościele na galówkach, na które jako le¬karz
gimnazjalny i szpitalny był obowiązany uczęszczać, nie cho¬dził do
kościoła. Również nie zdarzyło mi się zaobserwować, by kiedykolwiek
spowiadał się. Przypuszczam, że nie był wierzącym katolikiem, a w
każdym razie nie był praktykującym parafianinem. Matka starała się
to ukrywać przed nami i gdy wyjeżdżał do Lub¬lina czy Warszawy, co
zresztą zdarzało się bardzo rzadko, mówiła nam, że ojciec tam odbywa
spowiedź.
Matka ubierała się skromnie. Na wizyty i od święta nosiła ówczesnym
zwyczajem gorset i tiurniurę i wzbogacała swą koafiurę sztuczny
warkocz, sporządzony z własnych wyczesanych mimo, że z natury
posiadała włosy obfite i długie do pasa.
W domu matka zajmowała się porządkami, ścierała kurze, pod¬lewała
kwiaty doniczkowe, które troskliwie pielęgnowała, dyspo¬nowała obiad
i trochę pomagała służącej, gotowała kompoty, smażyła konfitury ,
prowadziła rachunki domowe, zajmowała się nami, troj¬giem dzieci,
ucząc nas czytać i pisać; po południu i wieczorami. szyła i
porządkowała garderobę, cerowała i robiła na drutach skarpetki. W
niedziele czytała, chodziła z nami na spacery czy to do młyna
parowego do państwa Romów, domu mego ojca chrzest¬nego, buchaltera w
młynie, czy do kapliczki przy drodze chełm¬skiej, czy na łąki pod
Sławęcinem.
Latem, codziennie prowadziła nas przed śniadaniem, o 8 rano, do
kąpieli w Huczwie. Matka ubrana tylko w szlafrok z parasolką w ręku,
my na bosaka, maszerowaliśmy po schodach, wiodących w dół urwistego
brzegu lessowego ze wzgórza, na którym stał nasz dom, ku dolinie
rzeczki, gdzie zażywaliśmy kąpieli.
Mieliśmy wybrane miejsca, zwykle w ogródku znajomych miesz¬czan,
często np. u Bondarewiczów przy północnej odnodze Huczwy. Kąpaliśmy
się na odkrytym miejscu, łazienki u Bondarewiczów nie było. Matka i
dziewczynki jak zwyczaj kazał, wkładały do kąpieli specjalne
kostiumy, ja, najmłodszy, zupełnie nago. Wcześnie nau¬czyłem się
pływać, oczywiście bez żadnego stylu, chlapiąc się „po piesku”.
Później kąpiąc się z kolegami, naśladowaliśmy żołnierzy i staraliśmy
się pływać „po kozacku”, wyrzucając ręce ponad wodę.
Kąpiąc się przy drodze do Sławęcina, nauczyłem się skakać do,
głębokiej wody, rozpędziwszy się po wysokim brzegu. W powiet¬rzu
robiłem salto. Spadałem do wody z podkurczonymi nogami, cza¬sem na
plecy, co często było nawet bolesne. Chętnie też nurkowałem i
przepływałem rzeczkę na drugą stronę. Zapewne od tych czasów
pozostało mi do dziś zamiłowanie do wody i mało znam większych
przyjemności jak pływanie czy to łódką po jeziorze lub rzece, czy
też okrętem po morzu.. Stosunkowo jednak mało w swym życiu zaznałem
tych przyjemności.
Matka była bardzo gospodarna, nic w domu nie mogło się zmar¬nować.
Gospodarstwa nauczyła się po zamążpójściu i z początku miała
wielkie, trudności. Była wszakże wychowana po dworach bardzo
niepraktycznie, jako panienka dobrze ułożona. Gdy raz otrzymała od
ojca plaster miodu, dar jakiegoś pacjenta, nie wiedziała jak miód
oddzielić od wosku. Po naradzie z młodą służącą, równie nie
praktyczną, próbowały wygnieść miód z plastra przez płótno, po tym
przez durszlak, w rezultacie połowę miodu rozmazały po na¬czyniach i
popłakały się obie. Dopiero ojciec zaradził biedzie, gdy
przyszedłszy do domu kazał plaster z miodem stopić na ogniu, a wosk
sam spłynął na wierzch.
Sztuki kucharskiej nauczyła się matka ze sławnego podręcznika
Ćwierciakiewiczowej.
Obiady dysponowała sama. Były zawsze posilne, zdrowe i sma¬czne.
Zupy często na śmietanie: barszcz zabielany, pomidorowa, krupnik,
szczawiowa, rosół, zacierka, nielubiana przeze mnie kartoflanka i
grochówka, boćwinka, w lecie czasem chłodnik. Mięso z jarzyną,
kluskami lub kartoflami, pieczone lub gotowane, często był klops,
kotlety siekane, pieczeń cielęca, wołowa lub barania, czasem
kurczęta lub kura w potrawce, wieprzowiny jadaliśmy bardzo mało,
czasem bywały zające. Trzecie danie zwykle mączne: świetne reczuchy
z drożdżowego ciasta smażone na maśle, kluski z makiem, pierogi z
czarnych jagód obficie polanę śmietaną, jeszcze lepsze pierogi
Rosengradtowskie, pieczone w papierach smarowanych masłem, z
konfiturami w środku, przy czym zwłaszcza różane wywoływały zachwyt,
często kisiele, galaretki lub kompot.
W piątki obowiązywał obiad postny. Do obiadu nigdy nie dawano piwa
ani tym bardziej wódki. Wódka bywała wprawdzie w kredensie u matki i
czasem ojciec wróciwszy w zimie z wyjazdów do chorych wypijał
kieliszek, lecz stale nie używał alkoholu pod żadną postacią.
Na kolację najczęściej bywało zsiadłe mleko z ziemniakami, a zimą
kaszka lub zacierka na mleku, po tym herbata, dla dzieci z mlekiem,
bułki, chleb masło, często wędlina lub mięso z obiadu.
Latem, bywały nieraz na podwieczorki poziomki lub czarne jagody z
mlekiem.
Ojciec rano po szklance czystej herbaty i zjedzeniu suchej bułki
szedł na godzinę 9 do szpitala, gdzie ordynował i gdzie o godz. 12
jadł drugie śniadanie. Ze szpitale szedł na wizyty
do chorych w mieście. Do domu wracał ok. 14-tej. Obiad jadł razem z
nami o trzeciej. Po obiedzie czasem przespał się godzinę - lub
przyjmował pacjentów w domu. Ojciec miał rozległą praktykę. Bodajże
był najbardziej poszukiwanym lekarzem zarówno w mieście
jak i w okolicy. Stosunek ojca do pacjentów odznaczał się wielką
życzliwością i troskliwością. Chodziło mu nie o to, by pacjenta
leczyć, ale żeby go wyleczyć. Był to stosunek do chorego wybit¬nie
humanitarny, ludzki. Sądzę, że pacjenci doskonale to wyczuwali.
/D. c. n./
dodane 11.styczeń.2006 - przepisali
Alicja i Leszek Wiśniewscy |